Lek na wszystko [1/1]

‘’ Jestem po egzaminie. Poszedłem na niego z gorączką, bólem gardła, katarem i nieznośnymi zawrotami głowy. Adrenalina jednak robi swoje. Mogę założyć, że zdam praktykę i zostanę lekarzem. Oczywiście moja kondycja zdrowotna schodzi na dalszy plan, gdy mowa o mojej przyszłości. Prawdziwa zmora dopadła mnie dopiero, gdy wróciłem do domu i miałem problem doczłapać się do własnego wielkiego wygodnego łóżka. Kiedy obudziłeś mnie po ponad 12 godzinach snu, poprosiłem Cię jedynie abyś spakował mi do torby podróżnej kilka rzeczy, które będą mi potrzebne. Nie pytałeś o nic. W tych nielicznych chwilach utwierdzam się w przekonaniu, że za nic pod słońcem nie zamienił bym Cię na nic innego w świecie. Ty po prostu wiedziałeś czego w tej chwili potrzebowałem. Zadałeś tylko jedno pytanie.
Minęło 48 godzin od tamtej chwili. Żałuję, że powiedziałem Ci ‘’nie’’. Muszę nauczyć się żyć bez Ciebie. Muszę nauczyć się oddychać samodzielnie. Jesteśmy mężczyznami. Nie mogę po prostu wychodzić z założenia, że zawsze będziesz przy mnie. Że nigdy mnie nie zostawisz. Musze być gotowy na każdą okoliczność. Nic mnie nigdy w życiu nie zaskoczyło prócz jednego- Ciebie. Jesteś jak woda, utrzymujesz mnie przy życiu. Jesteś jak ogień, rozpalasz mnie po za granice ludzkich możliwości. Jesteś jak powietrze, otaczasz mnie z każdej strony, sprawiasz że oddycham tylko dzięki Tobie i tylko dla Ciebie. Jesteś jak ziemia, stały w uczuciach lecz tak jak i ona potrafisz osunąć się jak grunt, bym stracił w Tobie oparcie. Jesteś kwintesencjom mojego istnienia. Jesteś dla mnie. Jesteś przeze mnie. Jesteś mną. Nienawidzę być przez Ciebie zaskakiwany, ale gdy robisz coś po mojej myśli jestem wielce rozczarowany. Tylko czemu? Nie potrafię Cię rozgryźć. Ty już dawno poznałeś mnie na wskroś. Rozłożyłeś mnie na cząsteczki pierwsze, złożyłeś i prześwietliłeś każdą pojedynczą komórkę mojego jestestwa. Nauczyłeś się mnie na pamięć. A ja, po tylu latach, wciąż Cię nie rozumiem. Czy świadczy to o mnie tylko tyle, że Cię nie kocham wystarczająco? Czy wręcz przeciwnie, tak mocno, że zamykasz mi oczy na wszystko w tym i siebie, że potrafię jedyne co dostrzec to Twój uśmiech gdy co rano mnie witasz i gdy co wieczór mnie zegnasz, bezgłośnie mówiąc do zobaczenia za chwilę? Powiedz coś bo już nic nie wiem mimo iż wiedzę mam większą niż wszyscy których znam. Nie, lepiej nic nie mów. W końcu mam się tego nauczyć. Obiecaj jednak, że gdy kiedyś to pojmę to mnie nie zostawisz, że będziesz trwał przy mnie tak jak teraz.
Czuję się już lepiej. Na pewno zdrowiej niż jeszcze dwa dni wcześniej, gdy Ty byłeś obok. Czemu tak jest? Leżę na bujance. Słońce przyjemnie grzeję moją wiecznie bladą skórę. Gorączka mi już spadła. Katar powoli ustępuje. Zażywam mnóstwo witaminy D. Póki jest słońce. Kto wie jakie będzie lato tego roku. Może znów tu razem przyjedziemy. Następnym razem we dwójkę. Moje Dziadki się nieźle zdziwili jak zobaczyli mnie bez Ciebie. Nawet ich w sobie rozkochałeś. Wrosłeś i zakorzeniłeś się głęboko w serca ludzi mojej rodziny. Tak jak Ty nie zadali żadnych pytań. Po prostu wiedzieli. Przed Twoją erą, zawszę gdy byłem poważnie chory przyjeżdżałem do nich na wieś by móc w spokoju wyzdrowieć i nabrać sił na kolejne zmagania. Leżę i słucham, szumu trawy obok mnie, lasu który tuż obok kołyszę się w rytm liści tańczących na wietrze, w krzyk jastrzębi przelatujących mi nad głową. Podziwiam jak pikują i zręcznie pochwytają swą ofiarę w szpony by już nigdy jej nie wypuścić. Ty tak samo usidliłeś mnie. Nawet gdy Cię nie ma obok mnie, nie jestem wolny. Z drugiej zaś strony co by to była za wolność bez Ciebie obok mnie. Krzyk jastrzębi. Odgłos znany mi odkąd tylko pamiętam. Tak piękny, tak czysty, tak zabójczy. Zwiastun śmierci dla ofiary, odbija się w mej głowie echem. Uwalnia mój umysł. Wreszcie jest on przejrzysty. Tak jak w dniu, gdy mając kilka lat obserwowałem prze teleskop te majestatyczne ptaki, zachwycając się ich bytem. Wolność, którą zapamiętam na zawsze, przeszłość w której nie ma Ciebie obok mnie. Czas płynie nieubłaganie, wraz z nim uczę się samemu żyć. Dni mijają spokojnie, czuć w nich upragnioną przez wszystkich wolność, otaczającą nas. Prostych ludzi. Na wsi czas leci wolniej. Czasami lubi się nawet zatrzymać by, na krótką chwilę w pamięci, wyryć na zawsze już obraz rozciągający się przed naszymi oczami. W moim przypadku to jastrzębie krzyczące do mnie bym na zawsze wiedział gdzie należę ja i moja dusza, bo moje serce tylko w części może w tym uczestniczyć. Jego druga połówka już została komuś podarowana. Wiesz o tym, prawda? Należy ona do Ciebie. Wstaję z bujanki. Schodzę ze słońca. Kieruję swoje kroki w stronę domu, by móc schronić się w cieniu swojego pokoju i zasypiając, móc słyszeć krzyk jastrzębi i koncert cykad grany gdzieś daleko lecz też zaskakująco blisko mnie. Kolejny urok tego miejsca. One zawszę grają, nie liczą się z porą dnia, to jedyne takie cykady, nigdzie indziej nie grają niemalże dwudziestu-czterech godzin. Jedyne czego mi tu brakuje to świetlików z mojej działki, które by oświetlały okolicę kilka minut po zachodzie słońca. To byłaby idealna sceneria. Ich krzyk, ich gra, ich blask i trzepot skrzydeł nietoperza wyruszającego rozprostować skrzydła po całodziennej drzemce. Bo i one tu są. Latają i dodają scenerii lekkiego mroku wprowadzającego nutkę tajemniczości do mojego ogrodu baśniowego, w którym da się czuć zapach winogron. Jak to możliwe? Przecież jeszcze w pełni nie zakwitły.
Ciebie wciąż nie ma obok mnie. Podchodzę już pod dom. Słyszę rumor koło bramki. Podnoszę głowę. Czas staje w miejscu. Dla właśnie takich chwil jego upływ staje się nieodczuwalny. Przekraczasz bramkę. Pokonujesz delikatne zniesienie ze schodów. Uśmiechasz się do mnie. Szepczesz to swoje Shin-chan. A ja zauważam, że z moich oczu lecą łzy. Każda na wagę złota i każda niczym diament lśni. Ocierasz moje policzki ze słonych kropli swoimi ciepłymi kochającymi dłoni. Otaczasz mnie ramionami…
– Mówiłem przecież, że nie chcę byś jechał ze mną.
– Wiem.
– Więc czemu?
– Bo dom jest tam, gdzie moje serce, a o no jest zawsze i na zawsze z Tobą.
Całujesz delikatnie moje usta. Słodko-słony pocałunek, taki który już się więcej nie powtórzy.
Z domu wychodzi Babcia. Krzyczy Twoje imię. A ja zamiast jej głosu słyszę krzyk jastrzębia, który właśnie odzyskał wolność, choć wcześniej nawet nie wiedział, że ją utracił. Tym jastrzębiem jestem ja. Na powrót wznoszę się w przestworza i odżywam. Bo już jesteś obok mnie. Czas na powrót biegnie swoim torem. Gdy wieczorem siedzę na drewnianej huśtawce a Ty zajmujesz miejsce obok mnie znowu znajduję się w moim ogrodzie z baśni. Słyszę Ich krzyk, Ich gra, Ich blask, Ich trzepot, Ich zapach i czuje. Czuje Ciebie obok mnie. Za kilka dni wrócimy do świata realnego. Mój ogród zniknie, ale Ty zostaniesz. Nie smuć się, on zawszę będzie tu na nas czekał.
Słyszę ostatni dziś już raz krzyk jastrzębia. To ja krzyczę, choć tak naprawdę milczę. Krzyczy moja dusza, że znów jest wolna.
– Kocham Cię, Kazunari.
Nic nie mówisz. Nie musisz. Przytulasz mnie mocno i całujesz w głowę.
– Wejdźmy do środka, jeszcze nie jesteś zdrów
Wracamy do ciepła domu i do ciepła swych objęć. Zostawiamy świat baśni za sobą. Niedługo znów do niego wrócimy. Do ogrodu. Jeszcze tej nocy będziemy śnić i marzyć.
A czas mija i mija nieubłaganie.”

*****
Prezent, który dostałam od mojej kochanej Haru-chan na dzień dziecka, ale nie miałam możliwości wstawić go wcześniej. Przepiękny one-shot przy którym mocno się wzruszyłam.
Dziękuję Ci, Słońce!

Challenge [1/1]

Z okazji międzynarodowego dnia przeciwko homofobii wstawiam dzisiaj coś dłuższego. Enjoy!
 
W większości szkół, na długą przerwę, uczniowie chodzą na stołówkę, aby zakupić, zrobione przez szkolne kucharki, kanapki i skonsumować je przy przeznaczonych do tego stolikach. Jednak w Konoha School uczniowie mieli nie raz o wiele ciekawsze zajęcia, zaprzątające ich głowy, niż taka błahostka jak pożywienie. Dość często, a wręcz zadziwiająco często, jak na tak prestiżową placówkę, uczniowie wychodzili na dziedziniec i przyglądali się przepychankom słownym dwóch najpopularniejszych chłopaków w całej szkole. Od niepamiętnych czasów byli oni największymi wrogami, a zarazem najlepszymi przyjaciółmi. Ta dosyć specyficzna mieszanka dostarczała, innym osobom uczęszczającym z nimi do szkoły, wiele rozrywki. Chociaż obaj wiedzieli o sobie niemal wszystko, każdy brudny sekret drugiego, nigdy nie wykorzystywali tych informacji w swojej codziennej rywalizacji. To była jedna z najważniejszych zasad ich niepisanego kodeksu. Obaj byli sportowcami i nienawidzili nieczystych zagrań, więc trzymali się tejże reguły.
Tego popołudnia, jak niemalże codziennie, chłopcy kłócili się ze sobą na dziedzińcu szkoły, otoczeni przez zgraję zainteresowanych tym uczniów.
– Co powiedziałeś, Draniu?!- krzyknął wściekły, niebieskooki blondyn.
Jego duże oczy, przyćmiewające barwą kolory nieba i oceanów, były niezwykle ekspresyjne, przez co można było z nich bez trudu odczytywać emocje targające osiemnastolatkiem.
– Głuchy jesteś, Młotku? Powiedziałem, że nigdy byś ze mną nie wygrał w meczu jeden na jednego- odparł beznamiętnie jego przeciwnik.
Był bladym brunetem o czarnych, patrzących na wszystko obojętnym wzrokiem, oczach i arystokratycznych rysach przystojnej twarzy. Z jego postawy aż biła pewność siebie.
– Wygrałbym!- wykrzyknął blondyn.- Jestem o wiele lepszym zawodnikiem niż ty, Sasuke!
– Nie wydaje mi się- odpowiedział chłodno. Po chwili na jego pełne wargi wkradł się kpiący uśmieszek.- Jeśli w rzeczywistości byłbyś lepszy, to nie ja byłbym teraz kapitanem.
– Jesteś kapitanem tylko dlatego, że Kakashi cię lubi! Gdyby nie to, to ja bym cię z łatwością wygryzł!
– Chyba śnisz, Uzumaki! Jestem lepszy i pogódź się z tym w końcu!- prychnął brunet. Jak ten blond włosy Młotek miał czelność podważyć jego reputację świetnego gracza? W końcu był Uchiha, a Uchiha są zawsze najlepsi!
– Mogę ci udowodnić, że to ja jestem lepszy!- zaproponował Naruto.- Załóżmy się. Zagramy mecz jeden na jednego i to rozstrzygnie kto tu jest mistrzem, Draniu!
– Dobrze- zgodził się.- A więc jutro po zajęciach cię zniszczę! A ten kto przegra…- podszedł do niego i wyszeptał blondynowi na ucho co będzie musiał zrobić nieszczęśliwy przegrany. Naruto gwałtownie się zarumienił, patrząc na niewzruszonego bruneta z niedowierzaniem.
– Chyba nie stchórzysz, prawda?- głos Sasuke ociekał kpiną, a sam chłopak patrzył na przyjaciela wyzywająco.
– Nie jestem tchórzem, do cholery!- krzyczał wyprowadzony z równowagi blondyn. Dyszał wściekle, patrząc na swego przeciwnika.- Jutro po zajęciach!- powiedział, patrząc wprost w te beznamiętne, czarne tęczówki. Uznał ich sprzeczkę za zakończoną na dziś w momencie kiedy rozległ się dźwięk dzwonka, obwieszczający koniec przerwy i wzywający do udania się do klas. Naruto ruszył, nadal zły, w stronę budynku szkoły, odprowadzany kpiącym spojrzeniem onyksowych oczu bruneta.
Dalsze lekcje toczyły się zwykłym, nudnym rytmem. Tego dnia chłopcy, ku uciesze wszystkich nauczycieli, nie wszczynali już więcej nowych awantur. Myśli każdego z nich skupione były na jutrzejszym pojedynku. Obaj byli zdeterminowani, aby wygrać i udowodnić wszystkim, który z nich jest najlepszy. Każdy z nich miał rzeszę fanów i fanek, którzy obstawiali zwycięstwo jednego bądź drugiego.
Chłopcy siedzieli właśnie znudzeni na ostatniej lekcji- biologii. Sasuke swoim zwyczajem siedział cicho, ignorując wszystkich i patrząc, nic niewyrażającym wzrokiem, na widok za oknem. Jego koledze z ławki Suigetsu nie przeszkadzało ciche usposobienie Uchihy.
Naruto, jak to on, nie zwracał zbytniej uwagi na wykład prowadzony przez nauczyciela. Za to zagadywał swojego przyjaciela z ławki- Kibe. Obaj rozmawiali pół szeptem i co chwila śmiali się cicho, przez co nauczyciel niejednokrotnie musiał zwracać im uwagę za niestosowne zachowanie. Cała klasa niecierpliwie czekała na upragniony dźwięk, ostatniego tego dnia dzwonka, obwieszczającego koniec lekcji. Gdy w końcu rozbrzmiał tak wyczekiwany dźwięk, wszyscy uczniowie zaczęli chaotycznie wrzucać swoje książki do plecaków i wesoło rozmawiając wychodzili z klas na korytarz.
– Ej, Naru! Chyba dokopiesz jutro naszemu, szanownemu kapitanowi, nie?- zawołał  prześmiewczo Kiba.
– No jasne! Dam mu taki wycisk, że odszczeka wszystko, to co powiedział!
– Nie wydaje mi się- wtrącił spokojnie Sasuke, patrząc na nich z góry.
– Jutro sam zobaczysz!- wykrzyknął pewny siebie blondyn, nie przejmując się, że zwracają na siebie coraz większą uwagę. Kiba tylko energicznie pokiwał głową w geście wyrażającym, że się całkowicie zgadza.
– Mhmm…- przytaknął, z kpiącym uśmieszkiem, brunet.- Jeszcze zobaczymy!
– Zetrę ci ten kpiący uśmieszek z tej twojej przystojnej twarzyczki!
– Miło, że uważasz mnie za przystojnego- szepnął mu wprost do ucha, kiedy przechodził obok blondyna.
Po plecach niebieskookiego przeszedł przyjemny dreszcz. Nie zastanawiał się jednak nad tym uczuciem, bo znał je z doświadczenia aż za dobrze. Uśmiechnął się tylko do przyjaciela i nic nie odpowiedział.
– Idziesz, Młotku?
-Emm… Tak, tak!- wykrzyknął i wyszczerzył się jeszcze szerzej, o ile to w ogóle było jeszcze możliwe. Szybko pożegnał się z Kibą i resztą klasy, po czym podążył za Uchihą w kierunku wyjścia z budynku masowych tortur (czyt. szkoły).
Była końcówka lata, więc słońce nadal mocno przygrzewało. Naruto swoim zwyczajem założył ręce za głowę i szedł przed siebie z twarzą wystawioną do słońca. Brunet obserwował go kątem oka. Obaj pogrążeni byli w milczeniu. Dla Sasuke było to jak najbardziej normalne, ale Uzumaki znany był ze swojej gadatliwości i wszyscy wiedzieli, że ten chłopak nie potrafi wysiedzieć cicho, więc takie milczenie z jego strony było niezwykle rzadkim zjawiskiem i Uchiha powoli zaczynał się zastanawiać co mu się stało.
– O czym myślisz, Młotku?- zapytał, jak zwykle bardzo uprzejmie, brunet.
– O tym jak ci jutro skopie dupsko i o twojej, pewnie przekomicznej, minie kiedy już się okaże, że to ja jestem najlepszy!- wykrzyknął entuzjastycznie chłopak, uśmiechając się.
– Akurat- prychnął.- Jedynym wygranym będę ja!- powiedział pewny swych umiejętności i uśmiechnął się kpiąco.
Blondyn strasznie nie lubił tego wyrazu twarzy u Uchihy. W takich chwilach przypominał mu rozpieszczone książątko. Chociaż Uzumaki dobrze wiedział, że on taki nie jest, to niejednokrotnie wytykał mu takie zachowanie, co zazwyczaj kończyło się cichymi dniami ze strony onyksowookiego. To może nie byłoby niczym nadzwyczajnym, gdyby nie to, że Uchiha dodatkowo unikał go. To utwierdzało blondyna w swoich przekonaniach.
– Chciałbyś, Draniu!- fuknął na niego i przyśpieszył kroku. Głupi Uchiha zawsze musiał udowadniać wszystkim, że jest lepszy od innych. pomyślał Naruto.
– Ej! No chyba się nie obraziłeś? Uzumaki, nie bądź dzieckiem!- krzyknął, za nim rozbawiony, czarnowłosy.
Blondyn nie zareagował, więc czarnooki skierował się w stronę swojego domu. Po dziesięciominutowym spacerze dotarł do siebie. Na podjeździe stał zaparkowany granatowy, sportowy samochód, co oznaczało, że jego brat skończył już swoje zajęcia i był teraz w domu. Osiemnastolatek wszedł do kuchni, gdzie zastał Itachiego gotującego jakąś, wspaniale pachnącą potrawę.
– O! Cześć brat!- zawołał starszy, jak tylko zorientował się, że jego młodszy braciszek wszedł do kuchni.
– Taaa, cześć. Jak było na uczelni?
– Wiesz, to był bardzo udany dzień- powiedział, zerkając na niego przez ramię. Sasuke właśnie usiadł przy stole, uprzednio wyjmując z lodówki puszkę coli. Pociągnął solidnego łyka z puszki i spojrzał na długowłosego bruneta, który był jego prawie identyczną kopią, tyle że starszą. Obaj mieli arystokratyczne rysy twarzy, ciemne włosy oraz oczy i byli niesamowicie pewni siebie. Obaj zawsze dostawali to czego chcieli. Młodszy Uchiha domyślał się co jest powodem tak radosnego nastroju jego anikiego.
– Czyżbyś w końcu poderwał tego, twojego wymarzonego brunecika?- uśmiechnął się domyślnie.- Jak mu tam było? Neji?
– Tak, Neji, ale to nie jest jakiś tam zwykły chłopak! On jest wyjątkowy!- oburzył się starszy Uchiha.- Poza tym, powinieneś to wiedzieć. W końcu chodzicie razem do klasy.- dodał z przekąsem.
– Ach! Więc to pewnie z twojej winy zniknął na ostatnie dwie godziny?- uśmiechnął się domyślnie.
– Ty już sobie lepiej nic nie wyobrażaj w tej swojej, czarnej łepetynie. Byliśmy tylko na obiedzie, zboczeńcu!
– Jaka szkoda- powiedział z udawanym żalem młodszy chłopak.- Jestem pewien, że mogliście lepiej spożytkować ten czas- zakpił.
– Głodnemu chleb na myśli- odszczekał się Itachi.
– Dobra, skończ już- mruknął zdenerwowany Sasuke.
– Nie spinaj się, brat!- zaśmiał się.- Czekaj, czekaj!- powiedział, unosząc palec do góry.- Czyżbyś nadal nie powiedział mu co do niego czujesz?
– Nie- burknął tylko.
– Mój biedny, sfrustrowany, młodszy braciszek- zachichotał starszy Uchiha, głaszcząc brata po głowie.
– Nie jestem sfrustrowany!- warknął na Itachiego, strącając jego rękę ze swoich włosów. Debil zepsuł mu fryzurę!
Gwałtownie wstał z krzesła i wyszedł z kuchni, odprowadzony przez donośny śmiech swojego denerwującego brata. Zazgrzytał zębami, wchodząc do swojego pokoju. Rzucił się na swoje duże, dwuosobowe łóżko i zakładając słuchawki na uszy, odpłynął do swojego świata muzyki. Nim się zorientował, zapadł w spokojny sen.

Irytujący dźwięk budzika wdarł się do jego cudownego snu, gdzie on i jego przyjaciel byli sami, szczęśliwi i tacy beztroscy. Nie musieli się przejmować szkołą, ocenami, nauką. Niczym nie musieli się przejmować. Ale jak to zawsze w życiu bywało, kiedy już zaczynało robić się coraz przyjemniej, musiał zadzwonić ten cholerny budzik i jebnąć jego fantazją o brutalną rzeczywistość. Zawsze miał takie szczęście. Jednak na myśl, że dzisiaj znowu będzie mógł go zobaczyć i jeszcze się z nim zmierzyć, uśmiechnął się szeroko. Szybko zabrał swoje czyste rzeczy ze sobą do łazienki i wziął gorący prysznic. Umył się, ubrał i zbiegł po schodach na dół wpadając do kuchni. Porwał kanapkę z talerza swojej rudowłosej rodzicielki i ukradł jej również kubek z pyszną, parującą jeszcze kawą.
– Naruto!- warknęła Kushina na swojego niereformowalnego syna. Zawsze, ale to zawsze ten mały rozrabiaka zabierał jej ukochaną kawusię.
– No co? Przecież wiesz, że się śpieszę do szkoły- wyszczerzył się do niej wrednie.
Jak widać przez te osiemnaście lat swojego życia nadal nie nauczył się, że nie powinien denerwować kobiet przed ich pierwszą, poranną kawą. Rudowłosa tylko warknęła pod nosem i wstała od stołu, aby zaparzyć sobie nowy aromatyczny napój o właściwościach pobudzających. Uzumaki szybko w biegu dokończył jeść kanapkę, dopił kawę i naczynia wstawił do zmywarki.
– Pa, mamo!- krzyknął, dając jej szybkiego całusa w policzek. Zabrał swój plecak, nałożył swoje ulubione pomarańczowe trampki i w pośpiechu wybiegł z domu, kierując się w  stronę szkoły.
Całą drogę myślał jak cudownie będzie w końcu pokonać Sasuke. Przecież ten brunet był tak pewny siebie i zadufany w sobie, że to było aż niezdrowe. Utarcie mu nosa mogłoby trochę przytemperować  jego przekonanie o własnej wyższości. Chociaż i tak nie liczył na jakieś duże efekty co do tego. W końcu każdy z klanu Uchicha był z natury zarozumiały, więc nie było w tym nic aż tak dziwnego, dla kogoś kto znał Sasuke, praktycznie rzecz biorąc, od zawsze. Większość ludzi już i tak była do tego przyzwyczajona.
Mniej więcej w połowie drogi do szkoły przejechał obok niego czarny, sportowy samochód, który zatrzymał się kawałek przed nim. Naruto spokojnym krokiem szedł dalej przed siebie, pogrążony we własnych myślach i nie zwracał uwagi na otoczenie. Z zadumy wyrwał go dopiero głośny dźwięk klaksonu samochodowego. Przestraszony podskoczył w miejscu i obejrzał się za siebie w stronę skąd dochodził ten przeraźliwy hałas. Ujrzał doskonale znany mu pojazd, więc cofnął się i wsiadł po stronie pasażera.
– Draniu! Chcesz żebym padł na zawał?!- wykrzyknął blondyn, kiedy tylko usiadł w fotelu i zapiął pasy. Sasuke ruszył z miejsca nawet na niego nie patrząc. I bez tego doskonale wiedział jak wygląda jego blondwłosy przyjaciel.
– Nie marudź, Śpiąca Królewno- powiedział złośliwie chłopak. Droczenie się z tym małym Młotkiem weszło mu już w krew i było nieodłączną częścią codzienności ich obojga.
Blondyn, słysząc jak został nazwany przez swojego towarzysza, zaczerwienił się mocno i warknął pod nosem, jednak nie skomentował tego, jakże uroczego, przezwiska. Był już przyzwyczajony, że Uchicha zawsze robi sobie z niego głupie żarty. Doskonale zdawał sobie też sprawę, że jest to dowód na to, że brunet czuje się w jego towarzystwie zupełnie swobodnie, chociaż ten nigdy nie powiedział mu tego prosto w oczy. Jednak oni rozumieli się również bez żadnych słów, więc Uzumaki był przekonany, że tak właśnie jest i tego zamierzał się trzymać.
Dalszą drogę do szkoły chłopcy spędzili pogrążeni we własnych myślach i nie zamienili ze sobą już ani jednego słowa podczas jazdy. Każdy z nich zaabsorbowany był dzisiejszą, zbliżającą się rozgrywką. Obaj już nie mogli się doczekać pojedynku. Chęć wygrania w jednym i drugim urosła do niebotycznych rozmiarów na dalszy plan spychając szkołę oraz inne ważne sprawy jakie mieli do załatwienia.
Chłopaki kompletnie znudzeni siedzieli na lekcjach, ignorując zaczepki Kiby i Neji’ego. Obaj byli bardzo skupieni, a adrenalina krążyła w ich żyłach na samą myśl o zakładzie. Niestety, jak na złość, lekcje dłużyły im się niemiłosiernie. Doprowadzało ich to już powoli do szaleństwa, jednak nie dawali tego po sobie poznać. Obaj sprawiali wrażenie wyluzowanych i nieprzejętych, a tak naprawdę wewnętrznie wibrowała w nich czysta ekscytacja, przez co obaj ledwo co siedzieli spokojnie na lekcjach.
Kiedy w końcu zadzwonił ich upragniony dzwonek kończący dzisiejsze zajęcia, wszyscy zerwali się ze swoich miejsc i czym prędzej spakowali się. Sasuke i Naruto jako pierwsi wyszli z sali i skierowali się w stronę szatni. Wszystkich dziwiło to, że się do siebie nie odzywali. Nie próbowali się kłócić ani też przedrzeźniać. Wydawało się to tak odstawać od ich normy, że nawet nauczyciele byli w lekkim szoku.<
Hala, na której miał się odbyć ich pojedynek, była przestronna. Mieściło się w niej boisko do piłki nożnej, siatkówki oraz koszykówki i unihokeja. Na trybunach zgromadziła się duża część uczniów Konoha School. Były też nieliczne osoby z innych szkół, które znały obu chłopaków i dopingowały ich.
Gdy przebrani zawodnicy pojawili się na boisku, cała hala rozbrzmiała brawami i okrzykami. Oni jak gdyby tego nie zauważając, zaczęli się rozgrzewać. Dziesięć minut później, kiedy obaj byli już porządnie rozgrzani, na halę wszedł dobrze wszystkim znany Hatake Kakashi, który jako ich trener, zgodził się sędziować w tym starciu.
Chłopaki chwycili kije w ręce i stanęli naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem. Uścisnęli sobie ręce i przyłożyli kije po obu stronach piłki. Na dźwięk gwizdka rozpoczęła się walka o piłeczkę, którą wygrał Naruto. Blondyn jak torpeda pognał w kierunku bramki bruneta, ale ten okazał się być szybszy i dogonił go, blokując jednocześnie jego strzał. Teraz to Uchicha biegł, w celu strzelenia pierwszej bramki w tym sparingu. Walka była niezwykle wyrównana i do końca pierwszej połowy na tablicy wyników był remis. Obaj byli jednak zdeterminowani i jedynym czego pragnęli była wygrana. Po przerwie zdyszani i zmęczeni już nieco, stanęli znów po środku boiska i tym razem walkę o piłkę wygrał Sasuke. Gra była zacięta, ponieważ żaden z nich nie odpuszczał nawet na moment. Zażarcie rywalizowali o każdą akcję, o każdy punkt. Gdy zostało jedynie niespełna dwie minuty do końca meczu Sasuke miał przewagę jednego punktu. Blondyn postanowił zaryzykować i ‚wykradł’ piłkę brunetowi robiąc gwałtowny skręt, aby pognać w przeciwną stronę. Niestety przy obrocie zahaczył nogą o kij przyjaciela i w dość efektowny sposób przewrócił się. W ostatnim momencie udało mu się podeprzeć rękami, chroniąc w ten sposób swoją twarz przed niechybnym zderzeniem z parkietem. Uzumaki poczuł silny, pulsujący ból w swojej lewej kostce, przez co jęknął głośno. Złapał się za bolące miejsce i skulił się, leżąc na posadzce. Brunet natychmiast podbiegł do przyjaciela, uprzednio wyrzucając kij za siebie.
– Naruto! Naruto, co cię boli?- spytał lekko wystraszony. Zazwyczaj blondyn udawał, że wszystko jest w porządku, nawet jeśli usilnie powstrzymywał łzy. Teraz one płynęły po jego śniadych policzkach, a ten nawet nie próbował ich hamować. To musiało być coś poważnego i dlatego Uchicha wystraszył się.
– Kostka! Ach, jak boli…- jęknął płaczliwie chłopak.
– Naru, spokojnie. Zaprowadzę cię do pielęgniarki- powiedział łapiąc go za ramię i pomagając mu wstać.
Podbiegł do nich zaniepokojony Kakashi, ale Sasuke szybko wytłumaczył mu co dolega blondynowi i razem wyszli z hali, podpierając Uzumakiego. Brunet stwierdził, że dalej da sobie radę sam i Hatake wrócił na halę, uspokoić znajdującą się tam młodzież.
Obaj powoli udali się w stronę gabinetu pielęgniarki. Naruto nieporadnie skakał na jednej nodze, całym ciężarem opierając się na swoim przyjacielu. Nagle poczuł, że Uchicha przystanął. Spojrzał na niego zdezorientowany, a po chwili pisnął z zaskoczenia, kiedy chłopak tak po prostu wziął go na ręce, jak pannę młodą. Szybko zarzucił mu ręce na szyję, nie chcąc zaliczyć spotkania pierwszego stopnia z twardą podłogą i tak szli do gabinetu pielęgniarki. Naruto bezkarnie wtulał głowę pod brodę bruneta i wdychał jego intensywny zapach potu, drogich perfum i tego czegoś co posiadał tylko on jeden, a co wywoływało gęsią skórkę na skórze blondyna i wprawiało jego ciało w lekkie drżenie. Mógłby się uzależnić od tej niepowtarzalnej woni.
Sasuke zdawał się być nieobecny i chociaż uważał na drogę, aby nie upuścić przyjaciela, to błądził myślami gdzieś daleko. Czyżby aż tak przejął się wypadkiem blondyna? Równie dobrze mógł odczuwać wyrzuty sumienia, bo to przecież o jego kij potknął się chłopak i dlatego czuł się w obowiązku pomóc mu. Mogła też to być zwykła troska wynikająca z przyjaźni i tej dziwnej, nieokreślonej więzi jaka wytworzyła się między nimi przez ostatnie kilka miesięcy. Nie wiedział co kierowało onyksowookim i w tamtym momencie nawet wolał tego nie roztrząsać, bojąc się do jakich wniosków mógłby jeszcze dojść. Nie mógł pozwolić nadziei na zawładnięcie jego życiem. To by go doszczętnie zniszczyło.
Naruto zdawał sobie sprawę z tego, że mógłby powiedzieć czarnowłosemu o swoich uczuciach, ale co jeśli ten by go tylko wyśmiał? Bez względu na to jak bardzo ostatnio nasiliła się między nimi łącząca ich więź, Uzumaki po prostu nie miał wystarczająco odwagi, aby mu wyznać wszystko co kryję się w jego uśmiechach i ukradkowych spojrzeniach rzucanych w jego stronę. Wizja tego, że mógłby go stracić była zbyt przerażająca. Dla blondyna bolesna była świadomość, że nie potrafiłby żyć normalnie bez Uchichy przy swoim boku. Nawet jeżeli do końca życia musiałby pozostać jego przyjacielem i patrzeć jak Sasuke żeni się, zakłada rodzinę i wychowuje dzieci. Wiedział, że gdyby tak się faktycznie stało, to do końca życia żałowałby zmarnowanej szansy. Ale jak miał mu powiedzieć skoro jego uczucia względem onyksowookiego nie zmieniały faktu, że obaj byli młodymi mężczyznami. A Sasuke przecież nie był gejem. Jak, do jasnej cholery, miałby mu spojrzeć w oczy i tak po prostu powiedzieć, że zakochał się w nim bez reszty i tak naprawdę nie wyobraża sobie życia bez niego? Wydawało mu się to niewykonalne.
– Cholera! Akurat teraz?!- wzburzony głos czarnowłosego wyrwał blondyna z letargu. Spojrzał na niego, nie rozumiejąc o co mu może chodzić.
– Co?- zapytał głupio.
– Spójrz sobie na drzwi i zobacz!- warknął wzburzony chłopak. No tak, nawet w takich chwilach jak ta, Sasuke był chamskim i aroganckim dupkiem. Blondyn był już do tego przyzwyczajony, więc nic sobie nie robiąc z niemiłego tonu kolegi, zerknął na drzwi pokoju pielęgniarki. Wisiała na nich dosyć spora kartka z wypisanym na niej, wściekle czerwonym flamastrem, zdaniem: PRZERWA OBIADOWA, WRÓCĘ ZA CHWILĘ.
Naruto tylko westchnął ciężko. Zawsze, ale to zawsze tylko jemu przytrafiały się takie akcje. Do tego już również zdążył się przyzwyczaić.
Zdenerwowany Uchicha zaczął niecierpliwie chodzić w tą i z powrotem. Uzumakiego zaczęło to już powoli denerwować. Jakby nie patrzeć to nadal był trzymany przez Sasu na rękach, nie żeby mu to przeszkadzało, ale zaczynało już mu się delikatnie kręcić w głowie. Czuł nieznośnie pulsowanie kostki, a do tego dołączył jeszcze ból i zawroty głowy. Miał już tego serdecznie dość.
– Możesz w końcu przestać?- westchnął zirytowany blondyn.
– O co ci chodzi, Młotku?
– Chodzisz w tą i z powrotem, a mnie już od tego wszystkiego głowa boli. Może najpierw byś mnie, nie wiem, posadził gdzieś, a dopiero potem kręcił się w kółko?
Sasuke tylko cicho prychnął pod nosem, ale odstawił przyjaciela na ziemię i pomógł mu usiąść na ławce. Był strasznie zdenerwowany wypadkiem blondyna, ale co mu się dziwić, skoro był bardzo przywiązany do tego roztrzepanego chłopaka. Naprawdę nigdy nie mógł zrozumieć jak jedna, niepozorna osoba może aż tak bardzo przyciągać do siebie pecha. To było nie do pojęcia. Westchnął tylko ciężko pod nosem i usiadł koło zestresowanego Naruto.
– Jak kostka?- zapytał niby obojętnym tonem Uchicha, ale w środku aż go skręcało z ciekawości i niepewności. Zawsze się martwił o tego małego Młotka, bo przecież on sam nigdy nie potrafił o siebie zadbać wystarczająco dobrze.
– Nadal strasznie boli- mruknął cicho. Zawsze miał wyjątkowo niski próg bólu i zawsze to właśnie on miał ‚szczęście’, że przytrafiały mu się takie dziwne wypadki.
Uchicha zmarszczył gniewnie brwi. Wyglądał jakby nad czymś usilnie myślał. Po krótkiej chwili wstał z miejsca i ruszył w stronę, z której przyszli. Zaskoczony Naruto szybko złapał go za rękę zanim ten jeszcze zdążył odejść.
– Nie zostawiaj mnie tu samego- mruknął. Nie chciał, żeby Sasuke sobie gdzieś teraz poszedł i zostawiał go.
– Naruto, puść! Zaraz wrócę. Pójdę tylko po tę starą jędzę. Kurwa, powinna tu być, a nie kazać ci czekać!- warknął.
Blondyn spojrzał na przyjaciela z niedowierzaniem i zaskoczeniem. Od kiedy to wielki, wspaniały Pan Uchicha zawracał sobie głowę jego stanem zdrowia? A do tego reagował teraz tak emocjonalnie. To było dla Naruto niepojęte.
– Przestań, bo to wygląda tak jakbyś się o mnie martwił, a to przerażające i zupełnie do ciebie niepodobne- powiedział oszołomiony niebieskooki.
– A co jeśli ja naprawdę się o ciebie martwię, Młocie?- zapytał poważnie czarnooki.- Przecież mogło ci się stać coś poważnego!
– Dlaczego tak nagle zaczęło cię to interesować? Zawsze miałeś gdzieś czy wszystko ze mną okej, czy nie!- wykrzyknął Uzumaki. Musiał mu to w końcu wyjaśnić. Noe było innego wyjścia.
– Ech, Młotku- westchnął i usiadł obok chłopaka.- Zawsze mnie to interesowało, ale wiesz, że nie jestem zbyt dobry w okazywaniu uczuć.
– Nie jesteś w tym zbyt dobry? Jesteś jak wielka góra lodowa! A ja zawsze myślałem, że jest ci obojętne to czy w ogóle żyję! A czasami miałem wrażenie, że wolałbyś mnie nigdy nie spotkać! Wiesz ja się z tym czułem, ty podły dupku?
– Naru, dobrze wiesz, że jesteś dla mnie najważniejszy. Jesteś moim najlepszym przyjacielem i zawsze będę się tobą przejmował. Czy to już rozwiało wszystkie twoje wątpliwości?- Uchicha zapytał z łobuzerskim uśmiechem na ustach.
– Tak, myślę, że już wszystko jasne Draniu- zaśmiał się perliście blondyn.
Uchicha odwzajemnił jego uśmiech i objął go ramieniem. Kiedy pielęgniarka w końcu przyszła, okazało się, że blondyna ma poważnie uszkodzoną kostkę i będzie musiał udać się do szpitala. Sasuke był z nim w szpitalu i w każdej innej, trudnej lub szczęśliwej, chwili. Od tamtego czasu byli nierozłączni, a ich relacja przetrwała do samego końca.
I chociaż te dwa najważniejsze słowa nigdy nie zostały wypowiedziane, obaj doskonale zdawali sobie sprawę z tego co tak naprawdę do siebie czują. A ta wiedza wystarczyła im, aby żyć w pełni szczęścia- razem- już zawsze.

Rozdział 6- Connected Souls

Księżyc już dawno ustąpił swego miejsca na niebie słońcu. Pomarańczowa kula pięła się coraz wyżej ponad horyzont, rozświetlając mrok nocy. Dzień powoli budził się do życia, a wraz z nim i cały świat.

W posiadłości państwa Dawson krzątało się od samego świtu mnóstwo osób. Rodzice Cory’ego i Noah przyjeżdżali do domu i od razu wyprawiali przyjęcie. Z tego powodu obaj chłopcy postanowili zostać w domu i pomóc w przygotowaniach. Nie widzieli rodziców od ponad dwóch tygodni i chcieli z nimi spędzić choć trochę czasu dopóki ponownie nie wyjadą do Europy.

– Rozumiem, że rodzice wrócili po długim czasie do domu i wiem, że zawsze wyprawiają uroczyste przyjęcia, ale jeszcze nigdy nie robili tego na tak wielką skalę!- narzekał osiemnastolatek.

– Ostatnio podpisali jakąś ważną umowę, która zatwierdziła transakcję bardzo wielu limuzyn i luksusowych aut. Kupił je jakiś bardzo popularny właściciel klubów na całym świecie.- wyjaśnił Cory.

– Po co do klubów auta?- zdziwił się Noah.

– No pomyśl! Niektórzy ludzie są na serio bardzo leniwi. Mogą sobie zamówić samochód, który podjedzie z nimi pod sam klub i nie muszą się martwić o miejsca parkingowe. Poza tym, jak podjadą luksusowym autem to zrobią taki szał i wprawią wszystkich w zachwyt.- przewrócił oczami chłopak.

Zawsze uważał, że zwracanie na siebie uwagi poprzez pieniądze nie jest dobrym sposobem na znalezienie odpowiedniego towarzystwa. Osoby, które cię zauważą tylko wtedy, gdy zamachasz im pieniędzmi przed nosem nie są prawdziwi. Właśnie to było powodem, dla którego Cory nie szczycił się swoim pochodzeniem. Najpierw poznawał osoby, a dopiero po zaproszeniu ich do domu opowiadał o swojej rodzinie. Nie miał zamiaru stać się rozpuszczonym, zapatrzonym w siebie dupkiem. W duchu dziękował Bogu, że jego brat ma do tego taki sam stosunek. Wolał się otaczać zaufanymi osobami, które nie czekały na odpowiedni moment, aby dobrać się do jego konta. Westchnął cicho. Zdecydowanie nie powinien o tym teraz rozmyślać. Takie myśli zawsze skłaniały go do refleksji na temat ludzkiej moralności. Psuło mu to humor doszczętnie. Dzisiaj miał zamiar cieszyć się z powrotu rodziców, a nie zadręczać się pytaniami typu: Dlaczego na świecie jest tyle fałszywych osobistości? Nie wiedział i nigdy nie mógł do tego dojść, więc porzucał temat i nie chciał do tego wracać, jednak za każdym razem, gdy myślał o jakiejś konkretnej osobie, jego myśli wędrowały na złe tory, w tym właśnie kierunku.

– W sumie racja.- wzruszył ramionami blondyn, kończąc ten temat. Niezbyt go obchodziła działalność ich rodziców i był prawie załamany z powodu, że jego ojciec przepisał firmę na niego. Jedynym pocieszeniem było to, że będzie miał również sztab osób, które będą musiały mu pomagać w podejmowaniu decyzji.

– A co tam u twojego nowego kolegi?- zapytał złośliwie Cory. Zabawa kosztem Noah była jedną z jego ulubionych rozrywek. Osiemnastolatek wyglądał jakby dostał nagłego olśnienia.

– Boże! Zupełnie zapomniałem. Kellin!- powiedział uderzając się otwartą dłonią w czoło w geście własnej głupoty.

– No, co z nim?

– Muszę go przeprosić za tą całą akcję z wczoraj.- podrapał się po głowie z zażenowaniem.- A i muszę mu powiedzieć, że nie możemy mieć dzisiaj próby. Idę do niego zadzwonić.- machnął ręką w stronę schodów. Jego brat tylko skinął głową i odszedł zagłębiając się w dalsze przygotowania do przyjęcia.

 ~*~*~

Brunet siedział w swoim wielkim ogrodzie i obserwował ptaki żywo latające od drzewa do drzewa. Wsłuchiwał się w ich dźwięczny śpiew i rozkoszował się chwilą spokoju. Uwielbiał swój wielki ogród. Był urządzony zgodnie z chińską techniką feng shui, która miała na celu wprowadzić optymalny przepływ pozytywnej energii przez posiadłość państwa King. Kellin był zafascynowany wschodnimi krajami. Szczególnie bardzo interesował się Japonią. Uważał ten kraj za kolebkę rozwoju techniki, a w szczególności informatyki. Chciał poznać zwyczaje i kulturę tamtych regionów, ale był tak zajęty, że nie miał na to czasu.

Każdą wolną chwilę starał się spędzać na świeżym powietrzu lub doskonaląc swój talent muzyczny. Kochał tworzyć nowe brzmienia i teksty. Aranżował wiele piosenek, które potem nagrywał w swoim małym domowym studio. Cieszył się, że miał tak ogromną szanse na rozwijanie swoich zapędów artystycznych. Jego rozmyślania przerwała ostra, metalowa melodia. Spojrzał na wyświetlacz swojej komórki i aż zachłysnął się swoim własnym oddechem. Dzwonił Noah. Czego on mógł od niego chcieć po tym jak go wczoraj potraktował? Myślał, żeby rozłączyć połączenia, ale ostatecznie postanowił odebrać. Był w końcu kulturalną osobą, która postanowiła trzymać swoje emocje na wodzy.

– Halo?

– Hmm… Cześć, Kellin z tej strony Noah.- brunet przewrócił mentalnie oczyma. Przecież wiedział kto do niego dzwoni. Wymieniali się telefonami zaledwie dzień wcześniej.

– Tak, wiem. Dzwonisz w jakiejś konkretnej sprawie?- właśnie tak chciał z nim rozmawiać. Chłodno i z opanowaniem.

– Właściwie to… chciałem cię przeprosić za wczoraj.- westchnął ciężko do słuchawki.- Zachowałem się jak przewrażliwiony na swoim punkcie buc.

Kellin zaśmiał się cicho z takiego- trafnego jego skromnym zdaniem- porównania.

– Ja tak na prawdę to nie wiem czemu się tak zachowałem.- przerwał na chwilę.- Nie, właściwie to wiem, ale to nie jest rozmowa na telefon.

– Ok?- teraz to brunet był już dogłębnie zaszokowany.

– A i jeszcze jedno.- wykrzyknął blondyn, jakby sobie przypomniał o czymś niezwykle istotnym.

– Słucham.

– Nie możemy mieć dzisiaj próby. Moi rodzice wrócili i urządzają przyjęcie z okazji podpisania jakiegoś ważnego papierka. Muszę tam być, jako członek tej rodziny.- wytłumaczył się Noah.

– Jasne, nie ma sprawy. Właściwie to ja też dziś nie mogę. Mój ojciec prowadzi właśnie jakąś bardzo ważną transakcję i wieczorem wspólnie jesteśmy gdzieś zaproszeni.- <dziwny zbieg okoliczności> pomyślał brunet.

– To w takim razie umówimy się na kolejną próbę w szkole. Pasuje ci taki układ?

– Jasne. Nie ma sprawy. To do zobaczenia.- rzucił Kellin.

– Tak, cześć!- odpowiedział blondyn i rozłączył się.

Młody King zupełnie nie spodziewał się telefonu od swojego nowego znajomego. Choć, co tu dużo mówić, ucieszył się z przeprosin. Myślał, że chłopak przejdzie nad tym wydarzeniem do porządku dziennego bez tak zbędnej rzeczy jak przepraszanie. Cóż, jak widać pomylił się. Zbyt pochopnie go ocenił. 

Do wspólnego wyjścia z rodzicami zostało jeszcze sporo czasu, ale Kellin postanowił wrócić już do domu i poświęcić chwilę na granie. Wstał z ławeczki na, której siedział i ruszył w kierunku wejścia. W przejściu do salonu natknął się na Holly. Była to śliczna, siedemnastoletnia dziewczyna o długich, brązowych, lekko kręconych włosach. Jej oczy były wiecznie roześmianymi kryształkami o brązowym kolorze. Ubrana była w żółte rurki, które opinały się na jej szczupłych biodrach i beżową bluzkę na ramiączkach z logiem Coca-coli. Holly Moon była adoptowaną córką państwa King. Przygarnęli ją do siebie gdy dziewczyna miała jedenaście lat, po śmierci jej rodziców. Nastolatka nigdy nie zgodziła się na zmianę nazwiska, ponieważ nie chciała zapominać o rodzicach. Uważała, że w ten sposób nadal jest częścią tamtej rodziny.

Kellin nie przepadał za swoją przybraną siostrą. Na początku lubił ją, a z czasem pokochał i traktował jak rodzoną siostrzyczkę, o której zawsze marzył. Niestety w pierwszej klasie liceum te ciepłe relacje rozwiały się jak domek z kart na wietrze. Od tamtej pory brunet okazuje jej niechęć przy każdej nadarzającej się okazji. Nigdy nie chciał być wredny i bez powodu nigdy taki nie był, ale ta dziewczyna zbyt bardzo zalazła mu za skórę, aby mógł jej to szybko wybaczyć. Uważał ją za jedną z najbliższych mu osób, a ona go bardzo zraniła i zawiodła na całej linii.

– Hej, Kellin.- zamachała mu, uśmiechając się radośnie.

Od długiego czasu starała się poprawić ich relacje, niestety na próżno. Brunet był jak niczym niewzruszony. Nawet kiedy go przepraszała, usprawiedliwiała się to nic nie dawało. Chłopak spojrzał na nią tylko i poszedł dalej. Dziewczyna westchnęła ciężko i wyszła z domu w znacznie gorszym humorze niż kilka minut wcześniej. Kellin natomiast skierował się do swojego małego studio. Wziął do rąk swoją ukochaną gitarę elektryczną i zaczął grać na niej wszystkie swoje ulubione utwory, po kolei. Do tego śpiewał teksty i starał się skoordynować wszystkie dźwięki ze sobą, aby utworzyły jedną, spójną całość. W taki sposób zleciało mu całe popołudnie. O siedemnastej odłożył swoją gitarę i z cichym westchnieniem skierował się do swojego pokoju znajdującego się na pierwszym piętrze jego ogromnego domu. Wziął ze sobą tylko czyste bokserki i wszedł do łazienki, która przylegała do jego azylu i była przeznaczona tylko i wyłącznie do jego użytku. Umył się szybko i z powrotem poszedł do siebie. Otworzył swoją dużą szafę i przez chwilę zastanawiał się co założyć. Kiedy wybrał już stosowny strój, po psikał się jeszcze swoimi ulubionymi perfumami od Hugo Bossa i uznał, że jest gotowy. Zszedł na dół, gdzie czekała na niego reszta rodziny. Marie King- jego matka- miała na sobie długą do ziemi, zwiewną suknie wieczorową w kolorze szmaragdowym. Na jej szyi lśniły bardzo rzadko spotykane czarne perły. Była ona piękną blondynką o przenikliwych, szarych oczach. Po jej prawej stronie stał Brad King. Ubrany był w popielaty garnitur i czarne, eleganckie buty. Ojciec był postawnym mężczyzną cieszącym się szacunkiem. Miał brunatne włosy i to po nim Kellin odziedziczył swój kolor. Jego oczy były ciemno niebieskie i bił od nich chłód i opanowanie. Kellin zawsze uważał go za swój wzór do naśladowania i pragnął w przyszłości być taki jak on. Trzecią osobą stojącą w hallu była Holly, ubrana w zwiewną beżową sukienkę sięgającą jej do połowy ud. Włosy miała upięte w pięknego koka i wpięta w nie była czerwona róża, ponieważ dziewczyna ponad wszystko kochała kwiaty. Kellin bez słowa do nich podszedł i razem wyszli przed dom, wsiedli do zamówionej na ten dzień limuzyny i pojechali na miejsce przyjęcia.

 ~*~*~

 Noah, ubrany w granatowe rurki oraz czarną, cienką jak druga skóra koszulę z długim rękawem, wyszedł z pokoju i o mało co nie wpadł na pędzącego do swojego pokoju brata.

– Hej, hej. Spokojnie! Pali się, czy co?- zaśmiał się.

– Powiedzmy.- mruknął w odpowiedzi chłopak.

Blondyn zmarszczył brwi i uważniej przyjrzał się Cory’emu. Mężczyzna tupał nogą w miejscu, zupełnie tak jakby chciał jak najszybciej uciec do pokoju. Jego oczy były rozbiegane i co chwilę spoglądały w stronę, do której zmierzał.

– Gadaj!- zażądał stanowczo.

– Nie wiem o czym ty mówisz.- zarzekł się i znów spojrzał z utęsknieniem na drzwi swojego małego królestwa.

– Och, jasne!- zakpił- Ty doskonale wiesz o czym mówię!

– Zapomniałem, ok?!- wybuchnął.- Byłem umówiony z tym chłopakiem, pamiętasz?- nie czekając na odpowiedź mówił dalej.- Nie poszedłem na spotkanie przez to głupie przyjęcie! Teraz on sobie pewnie myśli, że go wystawiłem.- dodał zrezygnowanym tonem.

Noah pokręcił z niedowierzaniem głową. Jego brat napalił się na mężczyznę, o którym nawet nie wiedział czy ten jest gejem, albo chociaż bi-ciekawy. A zachowywał się tak jakby nie stawił się na randkę z „Tym Jedynym”, a nie na zwykłe spotkanie ze znajomym z uczelni. Turkusowooki wiedział, że jego brat zdążył już zrobić sobie cichą nadzieję na związek z tym chłopakiem. Wiedział też, że będzie mu ciężko, gdy się okaże, że ten ma na ten przykład dziewczynę.

– Zrozumie.- powiedział i poklepał go po ramieniu. Mężczyzna spojrzał mu w oczy i odszedł już nic nie dodając.

Noah westchnął tylko i zszedł na dół. Spostrzegł, że już cały parter ozdobiony był kwiatami, świecami oraz pomysłowo upiętymi zasłonami. Wszystko skąpane było w kolorach delikatnego różu i szmaragdowej zieleni, i komponowało się świetnie z kolorem ścian salonu- błękitem. Świece i kwiaty dodawały uroku oraz tajemniczości całej scenerii, a zasłony dawały wrażenie intymności lub prywatności. Na dość dużym stole w jadalni poustawiane były rozmaite przekąski. Chłopak oglądając wszystko dokładnie przeszedł do ogrodu. Tam pozapalane były lampy solarne, które rzucały światło na większość jego przestrzeni, ale nie raziły swym światłem. Poszedł w stronę altanki otoczonej z trzech stron drzewami w taki sposób, aby dawały one wiele prywatności osobom znajdującym się w środku. Noah usiadł na ławeczce i rozkoszował się chwilą wytchnienia od przygotowań. Zanim zdążył się pogrążyć w swoich myślach jego telefon zaczął wibrować w kieszeni jego spodni. Wyją go i odczytał wiadomość od swojego brata: ” Młody, rodzice już na ciebie czekają. Przychodź, bo już prawie wszyscy goście są tutaj.”

Chłopak westchnął ciężko, ale podniósł się z ławeczki i dosyć niechętnie ruszył w stronę domu.

Sweet and annoyed [1/1]

Pogoda tego dnia była wyjątkowo piękna. Słońce mocno grzało, a na niebie nie było widać żadnych chmur. Jedyną możliwością na ochłodzenie się odrobinę i ucieczkę od promieni słonecznych były cienie rzucane przez drzewa w pobliskim parku. Ku uciesze większości ludzi wiał również delikatny wiatr, który dawał wrażenie, że jest chociaż trochę chłodniej.
Kasztanowowłosy chłopak patrzył już przez dłuższy czas przez okno i obserwował przechodzących ludzi. Z ogromną przyjemnością wyszedłby teraz z domu i najlepiej pojeździł na desce. Niestety nie miał takiej możliwości. Musiał zostać w mieszkaniu i skończyć swój projekt. Nie było szans, żeby się wyrwał, bo to była jego ostatnia szansa na ukończenie tej szkoły. Nie mógł jej zmarnować.
Westchnął ciężko i usiadł z powrotem przy biurku. Od razu wziął się do pracy. Chciał to już skończyć i mieć za sobą męczenie się z prezentacją.
Później ponad pół godziny pracował bez przerwy, aby doprowadzić swój projekt do jako-takiego stanu, kiedy w końcu usłyszał szczęk klucza w zamku. Po niedługiej chwili do pokoju wszedł wysoki brunet. Na widok Yaty odrabiającego swoje zadanie, uśmiechnął się delikatnie pod nosem. Podszedł do chłopaka i zmierzwił mu włosy jednocześnie zaglądając przez ramię.
– Witaj, Mi~sa~ki- zamruczał z charakterystycznym dla siebie sarkazmem.
Szatyn spojrzał na niego z wyrzutem i warknął cicho.
– Nie mów tak do mnie, idioto!
– Uuu… mój Mi~sa~ki pokazuje pazurki- zaśmiał się Fushimi.
– Saru- mruknął ostrzegawczo i przekręcił głowę do tyłu, żeby spojrzeć na chłopaka przez ramię. Zmierzył go po części groźnym, po części zirytowanym spojrzeniem.- Bądź tak miły i daj mi skończyć- powiedział niby przymilnym głosem, za którym ukryta była groźba.
Fushimi jednak tylko uśmiechnął się kącikiem ust. Nachylił się nad szatynem jeszcze bardziej i musnął jego usta swoimi. Yata odetchnął cicho i oddał delikatną pieszczotę, przymykając oczy i lekko odchylając głowę. Czarnowłosy pogłębił pocałunek, rozkoszując się tą chwilą. Czuł jak jego chłopak mu ulega i bardo mu się to podobało. Uwielbiał patrzeć jak ten niezwykle zadziorny nastolatek tak szybko mu się poddaje i daje mu przejąć kontrolę nad sytuacją. Kochał to w nim. A Yata był przy tym tak słodki i uroczo niewinny, że Fushimi często dosłownie w ostatnim momencie powstrzymywał się przed wzięciem chłopaka.
Nadal nie mógł się nadziwić, że zadziorny szatyn postanowi poczekać na coś więcej. Czarnowłosy z frustracji chodził już niemal po ścianach, ale nie chciał zawieść swojego chłopaka. Ich podchody trwały zdecydowanie za długo, aby teraz tak po prostu to wszystko spieprzyć.
– Kocham cię, Misaki- szepnął mu prosto do ucha, owiewając je ciepłym oddechem.
Yata zadrżał widocznie. Spojrzał na czarnowłosego roziskrzonym wzrokiem. Pierwszy raz usłyszał te dwa magiczne słowa. Byli razem już jakiś czas i sam już dawno, z niemałym zawstydzeniem, wyznał chłopakowi co do niego czuje. Bywały dni, kiedy myślał, że już nigdy nie usłyszy tego. Bał się, że Saruhiko tak naprawdę jest z nim tylko z czystej wygody. Bał się, że to co razem stworzyli szybko się rozpadnie. Teraz jednak w końcu czarnowłosy wyznał mu miłość. Poczuł się niesamowicie szczęśliwy.
Wzruszony szatyn wstał szybko ze swojego krzesła i przytulił się do Fushimiego. Ukrył twarz w jego szyi, żeby chłopak nie zobaczył łez w jego oczach. Po chwili poczuł silne ręce oplatające go w tali i czuły pocałunek na ramieniu.
– Też cię kocham, Saru- westchnął błogo.
– Wiem, Mi~sa~ki.
Yata tylko zaśmiał się, w tym momencie całkowicie szczęśliwy i trzepnął czarnowłosego w głowę.
Tak, teraz już wszystko było tak jak powinno być od dawna. Byli szczęśliwi i tylko to się liczyło. A niedokończony projekt szatyna jeszcze długo przypominał im o tym cudownym dniu.

Rozdział 5- Connected Souls

– Ty chyba kpisz!- prychnął do słuchawki wkurzony Vic.
Noah jednak dobrze zrobił informując przyjaciół telefonicznie o tym, że mają od teraz traktować Kellina jak członka ich szkolnej ‚rodziny’. Gdyby zrobił to w szkole, mogłaby wywiązać się z tego niezła awantura, a on nie chciał mieć zbyt wielu świadków. Nie lubił zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Zwłaszcza w takich sytuacjach. Jedna kara od dyrektora mu wystarczała, drugiej za zakłócanie szkolnego porządku, zdecydowanie do szczęścia nie potrzebował.
– Thomas nie miał większych problemów z zaakceptowaniem mojej decyzji- powiedział z wyrzutem.- Czemu, aż tak ci on przeszkadza?
Noah wiedział, że jego przyjaciel jest bardzo zamknięty w sobie i otworzył się tylko przed nim i wspomnianym Thomasem, ale nie mógł pozwolić na to, aby taki stan rzeczy pozostał na zawsze. Martwił się o niego i bardzo pragnął, aby Vic się wyluzował i postarał zaprzyjaźnić również z innymi osobami. Wszystkie takie próby kończyły się jednak fiaskiem. Po za tym nie chciał, żeby chłopak żywił nienawiść do otoczenia przez swoje własne fobie. W szczególności chciał uchronić od tego Kellina. Ale sam jeszcze nie rozumiał tego uczucia. Miał tylko przeświadczenie, że to jest ważne i musi go przed tym bronić. Sam siebie nie potrafił jeszcze ogarnąć.
Chłopak nie odpowiedział tylko sapnął zniecierpliwiony. Noah wiedział, po prostu czuł, że nie będzie mu łatwo przebić się przez ten ogromny mur oddzielający Vica od reszty świata. Chłopak nie potrafił się przełamać i blondyn zaczął się obawiać, że w skutek jego chorobliwego zamknięcia w sobie, już nigdy nie będzie w stanie odważyć się kogoś poznać. Bał się też, że Kellin ucierpi z powodu agresywnego zachowania jego przyjaciela. Zupełnie już nie rozumiał swoich odczuć, co do dopiero poznanego chłopaka. On nigdy nie przejmował się, gdy ktoś z jego otoczenia był bity, poniżany, czy też krzywdzony. Był na to nie czuły i uważał, że to nie jego sprawa, więc nie powinien się mieszać. Więc czemu teraz, kiedy chodzi o bruneta czuł niepokój? Czemu się martwił? Nie wiedział. Wiedział natomiast, że to Kellin. Nowy, delikatny chłopak w ich szkole, który starał się udawać, że jest silniejszy niż w rzeczywistości. Czuł, że jest inny od całej reszty chłopaków jakich znał i z jakimi się spotykał. On zachowywał dystans, przez co otaczała go aura tajemniczości, co krótko mówiąc bardzo działało na zmysły Noah. Bardziej niż był się skłonny do tego przyznać- nawet przed samym sobą. I jeszcze ten pocałunek. Już nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio tak intensywnie na kogoś reagował. Właściwie to zwykły pocałunek nigdy nie wzbudził w nim tak wielkiej fali pożądania jaką czuł podczas tego z brunetem. To było niepojęte, ale niezaprzeczalnie przyjemne doznanie. Chciałby mieć okazje to powtórzyć.
– Musisz się pogodzić z tym, że on teraz będzie ze mną spędzał więcej czasu, bo zamierzam odrobić swoją karę i mieć spokój w budzie- mruknął już na serio wkurzony blondyn.
– A co to ma do mnie?- usłyszał warknięcie w słuchawce.
– To, że jesteś, kurwa, moim przyjacielem! Vic, ogarnij się trochę i wyjdź do ludzi! Marnujesz swoje życie odseparowując się od…
– Opierdol się!- krzyknął rudzielec i zakończył połączenie.
Noah zamrugał zdumiony, patrząc na telefon. Chłopak dawno już nie był tak wściekły i blondyn wiedział, że będzie musiał go przeprosić inaczej jego zawzięty przyjaciel nie odezwie się do niego nawet słowem i będzie udawał, że Noah nie istnieje. Osiemnastolatek westchnął i położył się na łóżku ze słuchawkami w uszach. Musiał się odstresować i mentalnie przygotować do jutrzejszego dnia. Czuł, że będzie ciężko.
*~*~*
Podszedł do sporych rozmiarów, mahoniowych drzwi i zadzwonił dzwonkiem. Denerwujące „Ding Dong” rozniosło się echem po okolicy. Po chwili w drzwiach pojawił się wysoki mężczyzna o niesamowicie karmelowych oczach, brązowych włosach i delikatnym zaroście, który stwarzał wrażenie niegrzecznego chłopca.
– Cześć. Nie przeszkadzam?
– Jasne, że nie! Ty nigdy- zaśmiał się mężczyzna.- Wchodź!
Dwudziestotrzyletni chłopak zaprowadził osiemnastolatka do salonu i kazał mu usiąść. Zaproponował swojemu gościu coś do picia, lecz gdy ten odmówił po prostu usiadł obok niego i przyjacielsko objął go ramieniem.
– No to mów, o co chodzi.
– Po prostu przyszedłem cię odwiedzić, przyjacielu- uśmiechnął się pod nosem brunet.
– Mam niejasne wrażenie, że to jednak nie to.
– Dlaczego?- wiedział, że przyjaciel prędzej, czy później go rozgryzie, ale droczenie się z nim to ostatnio była jego ulubiona rozrywka. Chociaż nie miał za wiele wolnego czasu, to na to zawsze potrafił znaleźć chwilę.
– Bo oczy ci się błyszczą zadziornie i uśmiechasz się pod nosem, wredoto- chłopak zamilkł na chwilę i uważniej przyjrzał się osiemnastolatkowi- Kellin, czy ty aby przypadkiem się nie zakochałeś?- zapytał ostrożnie.
– Zakochać to się nie zakochałem, ale podoba mi się ktoś- powiedział z tajemniczym uśmieszkiem.
– No nie!- wykrzyknął karmelowooki.- Ile to już minęło? Pół roku, odkąd byłeś zakochany po raz ostatni? Bo po tym jak…
– Proszę cię Ethan, nie przypominaj mi tego co się wtedy wydarzyło! Chcę zapomnieć i przeszłość zostawić za sobą- powiedział twardo Kellin. Teraz na jego twarzy nie było już nawet śladu po uśmiechu, który przed sekundą rozświetlał jego twarz.
– Jasne, przepraszam- położył mu rękę na ramieniu, żeby dodać mu otuchy.
– Spoko, ale pamiętaj o tym, dobrze? To było dla mnie trudne przeżycie, więc… nie chcę tego nawet wspominać.
– Okey. Zostawmy te smutne tematy, co? Nie byłeś u mnie w domu od kilku tygodni. Teraz jesteś i sądzę, że przyczyną tego jest to, że chciałeś o czymś ze mną pogadać. Więc?- popatrzył na niego wyczekująco.
– Nie mylisz się- uśmiechnął się pod nosem na samo wspomnienie tematu, na który chciał z nim porozmawiać.
– Widzę wesołe iskierki tańczące w twoich oczach na samo to wspomnienie- zaśmiał się serdecznie.- To powiedz w końcu, kto zawrócił ci w głowie i ile się już znacie- ciekawskie, karmelowe oczy wwierciły się w przyjaciela.
Kellin miał wrażenie, że chłopak patrząc tak na niego widział wszystko co siedzi mu w głowie. Wiedział, że jak tylko wpuści go do swego umysłu to Ethan wywierci mu drugą dziurę w bardzo integralnym, jego zdaniem, miejscu. Przyjaciel znał go za dobrze i mógł bardzo łatwo czytać z jego gestów, oczu i mimiki jego twarzy. Było to bardzo przydatne w wielu sytuacjach, gdy któryś z nich nie potrafił się do czegoś przyznać, drugi potrafił go zgryźć nawet bez słów. Znali się już od tak długiego czasu, że mówili sobie o wszystkich swoich, nawet najdrobniejszych, problemach. A odkąd Ethan w podstawówce uratował Kellina przed pobiciem, stali się najlepszymi przyjaciółmi. Od tamtej pory byli nierozłączni. Złożyli sobie nawet przysięgę, że będą przyjaciółmi aż do ‚usranej śmierci’- jak to określili. Cieszył się, że zawsze mógł na niego liczyć, bez względu na porę, czy godzinę. Zawsze był zdania, że lepiej mieć jednego dobrego i prawdziwego przyjaciela niż mnóstwo fałszywych, tylko czekających na jakieś twoje potknięcie.
– To chłopak…
– Woow!- udał szok i zaskoczenie wyznaniem bruneta.- Nie spodziewałem się tego. A zwłaszcza, że już od dobrych kilku lat wiem, że jesteś gejem, to w ogóle nie przypuszczałem, że mógłbyś zakochać się w chłopaku- dodał ze złośliwą ironią w głosie. I poklepał przyjaciela po głowie.
– Nie nabijaj się, bo nic ci zaraz nie powiem- wystawił mu język i odepchnął jego natrętną dłoń z dala od swoich włosów. Po chwili obaj wybuchli głośnym śmiechem, będącym wynikiem ich dziecinnych przekomarzanek. Kiedy już się trochę uspokoili brunet zaczął mówić dalej.- Dobra, to blondyn o zabójczo pięknych, turkusowych oczach. Jest muzykiem, tak jak ja i ma bardzo zbliżony gust muzyczny do mojego. Mamy również wspólne zainteresowania i…
Dalej Kellin opowiedział przyjacielowi w jaki sposób się zapoznali oraz jaką karę, niesłusznie według niego, otrzymali.
Ethan wiedział co się święci. Brunet od zawsze był bardzo kochliwy, przez co sparzył się na wielu niewłaściwych osobach, które tak jak on niegdyś ukrywały swoją prawdziwą naturę. Dzięki tym nieprzyjemnym doświadczeniom z przeszłości chłopak teraz wiedział, że ukrywanie nie przynosi niczego dobrego, jedynie może jeszcze bardziej pogorszyć każdą sytuację. To tak samo jak z kłamstwami. Palą utworzone mosty i rujnują zaufanie.
Myślał jednak, że dzięki tym doświadczeniom stał się też bardziej ostrożny. Czyżby się pomylił?
Natłok jego myśli został przerwany, kiedy głos ponownie zabrał Kellin:
– Wiem o czym tak intensywnie myślisz. Nie zakochałem się w Noah, możesz być spokojny- westchnął cicho.
Potem opowiedział mu jeszcze o swoich przypuszczeniach co do orientacji chłopaka i ich pocałunku. Ze szczegółami opisał jakie uczucia towarzyszyły mu w czasie trwania pieszczoty oraz to jak Noah go odepchnął. Następnie małą sprzeczkę ze starszym bratem blondyna i jego ucieczkę z tamtego domu. Te relacje wprawiły Ethana w stan permanentnego osłupienia. Kellin nigdy wcześniej nie robił takich śmiałych rzeczy, żeby tylko dowiedzieć się czy podobający mu się chłopak jest homoseksualny. Czy ten cały Noah był aż tak wyjątkowy, że zawrócił brunetowi w głowie na tyle, że ten posuwał się do takich metod testowania go? Nie wiedział. Nie ulegało jednak wątpliwości, że Kellin już coś zaczynał czuć do tego blondynka. Nie koniecznie musiała być to miłość, ale na pewno jakaś sympatia się nawiązała. Miał tylko nadzieję, że obopólnie. Nie chciał żeby osiemnastolatek znowu cierpiał. Zależało mu na nim bardzo mocno, więc pragnął go obronić przed kolejnymi kopniakami.
 ~*~*~
Czuł jak męska dłoń sunie wzdłuż jego boku aż na biodro i pośladek. Ręka zaciskała się i rozkurczała w delikatnej pieszczocie. Jego ciało płonęło z powstrzymywanego zbyt długo pożądania. Gorące pocałunki w usta, lub szyję tylko potęgowały żar, który go spalał. Jak zaczarowany patrzył na blondwłosego chłopaka, który teraz wprawnie pieścił jego ciało. Usta zawędrowały na klatkę piersiową i objęły jeden z różowych sutków. Wyrwało to cichy jęk z ust Kellina. Miał bardzo wrażliwe ciało. Roziskrzonym wzrokiem patrzył jak chłopak schodzi z pocałunkami coraz niżej zostawiając po sobie mokrą ścieżkę pocałunków. Większą uwagę poświęcił na całowanie i lizanie brzucha i podbrzusza bruneta. Każdemu liźnięciu towarzyszyło westchnienie. Blondyn specjalnie ominął krocze chłopaka i zaczął całować jego uda. Kellin jęknął sfrustrowany. Wtedy ich oczy się spotkały. Takie głodne, błyszczące niemą prośbą i wieloma obietnicami do spełnienia. Patrzyli się na siebie jakby oczarowani.
Nagle piękna chwila rozmyła się, a Kellin patrzył lekko nieprzytomnym wzrokiem na sufit. Zerwał się z pościeli. Był cały spocony, a w bokserkach przeznaczonych do spania, miał sporych rozmiarów problem. Zsunął je na uda i palcami objął swój członek. Zaczął się pośpiesznie masturbować, myśląc o tym co chłopak robił z nim we śnie. Nie minęło dużo czasu, gdy Kellin doszedł w swoją rękę pojękując cicho.
Nie mógł uwierzyć, że przyśnił mu się Noah i jeszcze masturbował się do wizji jego gorących ust i twardego penisa. Znał tego chłopaka jeden dzień, a teraz przez niego miał zmysłowy, mokry sen i poczuł się jakby znów był gówniarzem zwalającym sobie pod kołdrą. Już sam siebie nie poznawał. Poszedł się szybko umyć i wrócił do łóżka. O dziwo, zasnął bardzo szybko. 

Bezsenność

Jest to cudowny prezent od mojej kochanej Haru-chan! Jej pisarski debiut *,* Enjoy!

Tik, tak
Tik, tak
Tik, tak nigdy wspak i jak mały rak wciąż do góry, up, up, up!
Tik, tak
Tik, tak
Tik, tak kurwa jego mać, spać, spać, spać!
Cholerna bezsenność, no tak się nie robi! Ja spać nie będę, to nikt spać nie będzie! Ale kiedy nagle uświadamiam sobie, że obudzenie Daikiego w środku nocy i wyrwanie go z jego obślizgłych snów o miseczkach F i więcej, nie jest takim dobrym pomysłem, bo to grozi śmiercią na miejscu, plan odchodzi w zapomnienie. Dlaczego obślizgłe zapytacie, to proste. Odpowiem, że się ślini przez sen i mruczy coś niezrozumiale! Tyle dobrego, że nie chrapie bo musiałbym go za okno wystawić, a jak się domyślacie upadek z drugiego piętra mojego kochanego domku na przedmieściach, nie byłby niczym miłym. Jeszcze by sąsiadów pobudził, a ci upierdliwcy wezwaliby psiarnie, więc o jakimkolwiek spaniu nie byłoby już żadnej mowy.
Tak więc męczę się już czas dłuższy z zaśnięciem, gdzie należy dodać że dochodzi już trzecia nad ranem. Szczęście w nieszczęściu, jutro mam wolne i w razie „w”* mogę poleżeć w łóżku dłużej, bo jak znam życie dłużej niż do 9 nie pośpię. Tak, cholerna bezsenność! Moja jakże upierdliwa dolegliwość ma swój wcale nie tak odległy początek jakoś pod koniec września, a że mamy już prawię koniec marca sami możecie się domyśleć, że ciągnę na ostatkach zasobów energii, dla organizmu. Moimi worami pod oczami przejęło się nawet byłe Kiseki No Sedai. Próbowali pod nadzorem Akashicchi-ego oczywiście (bo jakże by inaczej) wszelkich sposobów abym mógł znów zacząć normalnie przesypiać noce. Było już wszystko, od tabletek nasennych, po śpiewanie kołysanek, (o dziwo to Kurokocchi śpiewał O.o i dawał radę) i spanie z zapalonym światłem. Nic nie pomagało. Nic! I tak jakoś wyszło, że ktoś rzucił hasłem, że może jak ktoś u mnie pomieszka i nie będę sam w domu to jakoś pójdzie i w końcu zasnę snem sprawiedliwym. Jak trafnie podejrzewacie padło na kogo??? Bingo!!! Na Aominecchi-ego. Oj, nie był on szczęśliwy wiedząc, że nie będzie mógł sprowadzać do mnie żadnych lafirynd, a każdą noc ma spędzić u mnie, inaczej pieszczotliwie nazywana przez niego ‘’Czerwona Gnida’’ go zajebie. Już pierwszej nocy wylądował u mnie w łóżku. Uprzedzę was, NIE jako obiekt seksualny, tylko stwierdził, że nie będzie lazł przez cały korytarz do pokoju gościnnego skoro mój jest naprzeciwko schodów. I tak od trochę ponad 2 tygodni śpimy razem, czasem nawet jeden do drugiego podczas snu się przytuli, w celu poczucia ciepła drugiego ciała, ale nic innego. Zegarek właśnie pokazał 3:01. normalnie zajebiście. Westchnąłem głośno, mając w głębokim poważaniu Aominecchi-ego, przewróciłem się twarzą w jego stronę, podparłem na ręce i zacząłem go nieubłaganie szturchać. Obudzić go to nie lada wyczyn, a to co się przy tym zmarałem to moje.* Nic nie dawało rady. Szeptałem, klepałem (delikatnie w ramie wy zboczeńcy), nuciłem i gwizdałem nad jego uchem, a ten dalej nic. Raz kozie śmierć (powiedział baran zrzucając ją z klifu), albo się uda, albo dalej będę się męczył sam. Podciągnąłem się na rękach i delikatnie usiadłem mu na biodrach, a że leżał na plecach nie było to nic trudnego. A kiedy już się usadowiłem wygodnie, doszedłem do wniosku, że mógłbym tak częściej przesiadywać.Aominecchi był zaskakująco miękki jak na kogoś o takich mięśniach. Też bym czasem chciał wyglądać bardziej męsko, ale no cóż, nie można mieć wszystkiego. Przypomniawszy sobie po co się w tym miejscu znalazłem, nagle poczułem kawałek za moimi pośladkami coś twardniejącego. Spaliłem dorodnego buraka uświadamiając sobie, że coś tak błahego zaczęło i na mnie działać. Postanowiłem się po cichu wycofać, zanim coś się pokomplikuję. Uniosłem się lekko i tu był mój błąd bo najwidoczniej zrobiłem to zbyt gwałtownie. W ułamku sekundy już leżałem pod Daikim, a właściwie z nim między moimi szeroko rozstawionymi udami, na jednym z ręką mulata, z jego twarzą ukrytą w zagłębieniu mojej szyi i z rękami przygwożdżonymi do materaca silną ręką wyżej wymienionego. Mój i tak już dorodny rumieniec pogłębił się jeszcze bardziej, a gdy poczułem, że ręka na moim udzie porusza się po nim w dół i w górę, szarpnąłem się mocno a jednak wciąż za lekko bo nie udało mi się wyrwać i stęknąłem z zażenowania tym jak cała sytuacja na mnie działa. Poczułem wydychane powietrze na mojej szyi przez co zadrżałem nieznacznie i w tedy usłyszałem jak cicho i spokojnie zarazem mówi do mnie mój napastnik.
– Zastanawiałem się ile wytrzymasz Kise – i skubnął moją szyję swoimi zębami. Znów się szarpnąłem, bezskutecznie.- Jak długo będę czekał, zanim przyjdzie ten moment, kiedy sam zaczniesz się łasić- tym razem ucałował moją szyję w miejscu wcześniejszego ugryzienia. A do mnie dotarło, że Daiki wcale nie spał, mimo iż zachowywał się tak jak zawszę łącznie z delikatnym ślinieniem, on tylko udawał i czekał, aż dam się złapać.
– Aominecchi – zacząłem, chcąc się wytłumaczyć, ale ucichłem raptownie kiedy doszło do mnie, że jęknąłem cicho, bo kiedy ja zacząłem on przygryzł płatek mojego ucha.
Usłyszałem cichy chichot, a zaraz potem moja szyja została zbombardowana ogromem całusów na niej składanych. W głowie mi zawirowało, aż musiałem zamknąć oczy na chwilę aby nie stracić nad sobą panowania. O tę jedną krótką chwilę za długo. Wszystkie odczucia uderzyły we mnie w jednej sekundzie. Jęknąłem przeciągle, nieświadomie wyginając się w łuk. Kiedy poczułem, że mój twardy już członek otarł się o jego ciemniejszy odpowiednik, westchnąłem głęboko. Do mojego ucha dotarło ciche syknięcie, uchyliłem delikatnie moje złote oczy by zobaczyć, coś czego nie da się objąć rozumem i słowami. Nade mną pochylał się Aominecchi i swoim roziskrzonym wzrokiem, dosłownie pożerał całe moje ciało. Świat stanął w miejscu, kiedy nasze tak różne na co dzień tęczówki, a w tej chwili jednak tak podobne spotkały się ze sobą. Ciemnoskóry pochylił się nade mną i niemal z namaszczeniem ucałował obie moje skronie a później czubek mojego nosa, zachichotałem jak jakaś zakochana nastolatka i uśmiechnąłem się do niego czule. Okrył mnie swoim ciałem i powoli, straszliwie powoli chciał sięgnąć moich ust, kiedy nagle z nich wypłynął tak przeraźliwy krzyk jakby co najmniej żywcem mnie ze skóry obdzierali. Daiki podskoczył gwałtownie i spadł na ziemię wydając przy tym jakże radosne ‘’ łup’’. Wychylił się nad krawędź łóżka kiedy tylko przestał bluzgać na wszystko i wszystkich (głównie na mnie)
– Oi Kise, co ty odpierdalasz ?
Przerażony ja zasłaniając się kołdrą i błagając wszystkich Bogów, abym zniknął z powierzchni ziemi, nie odpowiedziałem. Nie potrafiłem. Podniosłem więc jedną rękę i palcem wskazującym pokazałem na okolice drzwi do mojej sypiali. Wzrok tego bardziej poszkodowanego i lekko podkurwionego podążył na miejsce i on sam krzyknął, a za chwilę już trzymał się za klatkę w miejscu, gdzie było serce. Zawał drodzy państwo. Zgon.
– Tetsu, co Ty tu kurwa robisz!– ryknął z oskarżycielskim tonem oraz nutką wyrzutu, że przerwano mu tak przyjemną czynność.
– Stoję, Aomine-kun. Stoję i patrzę bo jak do was mówiłem to mnie nie słuchaliście. Jak widać podziałało.
Kurkokocchi jak zwykle nie okazywał, żadnych emocji na swojej twarzy. Stał niewzruszenie, a ja wtedy dostrzegłem za nim w korytarzu cień kogoś przynajmniej o głowę wyższego.
– O tej kurwa porze!?
Tak, tą wypowiedzią przypomniałem sobie o moim współlokatorze, dziwne ułamek sekundy a on już mi z głowy wyleciał. Widać tak miało być.
– Nie gorączkuj się tak Ahomine- zza Kuroko wyłonił się Kagami. Yhyyyy więc to on musiał stać i ukrywać się w cieniu, niższego mężczyzny. Ach ta moja spostrzegawczość, ma się ten talent.
– Widzisz Tetsu, Kise nic nie grozi, powiedziałbym nawet, że jest mu zaskakująco a raczej było zaskakująco dobrze, nie Kise?
Ojć temat zszedł na mnie. A ja, jak to ja pokryłem się jakże uroczym rumieńcem i zagarnąłem jeszcze więcej kołdry, aby zniknąć, chociaż z oczu, bo nie wszystkim to przychodzi tak łatwo. W międzyczasie odkryłem, że moja erekcja znacznie w tym całym zajściu ucierpiała, ehhh no trudno.
– Jego w to nie mieszaj Bakagami i co wy tu robicie w środku nocy na dodatek!
Ach mój rycerz w spodniach od pidżamy. Ratuj swoją księżniczkę!
– Nie drzyj się tak idioto, bo sąsiadów pobudzisz! – syknął Kagamicchi i najwyraźniej chciał coś jeszcze dodać, ale skutecznie utrudnił mu to nasz kochany Cień.
– Obaj się zamknijcie
– Ale…-wyrwało się owej dwójce.
Szturchnąłem Aomine stopą aby raczył się uciszyć i to pomogło, ale Kagami nie miał już tyle szczęścia. Jego uciszył Kurokocchi swoim słynnym ciosem podżebrowym i teraz biedny zwijał się z bólu. Oswoić kota, to jedno, ale oswoić Tygrysa to drugie, niemniej jednak, jak widać na załączonym wyżej obrazku (wyobraź to sobie), kurdupel nie miał z tym większych problemów.
– Martwiłem się- powiedział Tetsuya a widząc moją najprawdopodobniej w chuj inteligentną minę, postanowił wytłumaczyć wszystko od początku.- Nie odpisałeś na sms-a – w tej chwili rzuciłem się szukać mojego telefonu, a mój rozmówca cierpliwie czekał, aż zaznajomię się z zaistniałą sytuacją. Po chwili już wertowałem wiadomości i faktycznie, miałem kilka nieodebranych, w tym też połączeń. Wszystkie od ‘’Duszka’’. Musiałem już wtedy pochłonąć się moją twórczością o raku i nie usłyszałem wibracji, włączonych po to by nie obudzić leniwca, zalegającego w moim łóżku. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, jedno połączenie sam wykonałem, do ostatniego kontaktu z jakim miałem styczność. Widać musiałem ugnieść jakoś komórkę, gdy nasze zabawy z Aomine się zaczęły, ły, ły….
– Eeeeeee!!!!!!!! Kurokocchi kiedy ja, ja, j…- zwiesiłem głowę, załamany własną głupotą.
– Oi Kise co się stało?- zapytał Aominecchi podnosząc się w końcu z podłogi i przytulił mnie od tyłu, a ja straciwszy wiarę w ludzi odwróciłem się i przylgnąłem do niego niczym dziecko, któremu ktoś powiedział, że święty mikołaj nie istnieje, po czym ryknąłem płaczem.
– Aominecchi no baka! To wszystko przez Ciebie!
– Haaaa! ale ja nic nie zrobiłem!
– Jak to nie! Gdybyś nie zaczął mnie obmacywać to może by do tego nie doszło, że biedni Kurokicchi i Kagamicchi zerwali się w środku nocy z łóżka, żeby sprawdzić czy nic mi się nie stało. Aaaaa głupi telefon!
– Ciiiii Kise, no już spokojnie, przecież nic się nie stało
– No właśnie, mieszkamy rzut beretem, lepiej zareagować niż nic nie zrobić- dodał Kagami.
– Kocham was chłopaki – chlipnąłem niezwykle szczęśliwy, że mam takich genialnych przyjaciół. – Chodź Aominecchi odprowadzimy, chłopaków… ale jak tu weszliście?
– Etooooooo
– I czemu ten idiota się rumieni? Ha!?
– Bez nerwów Aomine-kun, Taiga jest strażakiem więc, wykorzystał fakt że Kise-kun zawsze zostawia uchylone okno w kuchni, więc je otworzył i weszliśmy, jednak proponowałbym sprawdzenie zawiasów.
– W porządku chłopaki i tak jestem wdzięczny, Aominecchi też, prawda Aominecchi?!
– Tak tak jestem, ale poszlibyście już co?
– Aominecchi!!! Tak nie można….
I guzik zapomniałem co chciałem powiedzieć, pomogły mi w tym usta Daikiego, które nagle przykryły moje.
– Panowie, wypad- zarządził Daiki.- Zamierzam kogoś z bezsenności wyleczyć a…
– Wiemy przeszkadzamy. Kagami-kun zbieramy się – po czym wycofał się.
– Oi Tetsu! Zapomniałeś czegoś!
– Czego niby?! – dobiegło z dołu
– Mierzy coś koło 2m wzrostu, ma czerwone włosy, podwójne brwi i rumieni się teraz jak burak!
– Kogo nazywasz burakiem Ahomine!?- oburzył się Taiga.
– Ciebie Bakagami- o dziwo powiedział spokojnie a nawet z rozbawieniem Aomine.
– Kagami chodź już, bo chcę jeszcze coś zrobić – oznajmił Testu pojawiając się znikąd
– Ale jest już późno i chcę spać Ty mały diable.
– Och spokojnie, spodoba Ci się „TO”.
– Aaaaaa tooooooo! Na razie chłopaki! A! DAIKI! NAOLIW GO DOBRZE, BĘDZIE MNIEJSZE TARCIE I WIĘCEJ DOBREGO! – dobiegło nas jeszcze z dołu nim dało się usłyszeć dźwięk zamykanych drzwi wejściowych.
– No co za idiota on naprawdę myśli, że tego nie wiem- załamał się Aominecchi i ukrył swoją zaróżowioną twarz w zagłębieniu mojej szyi i nakrywając mnie własnym ciałem zmusił do położenia się i objęcia go w pasie. Poczułem na sobie przyjemny ciężar i pomyślałem, że gdybym mógł to już zawsze chciałbym tak leżeć.
Z sielskiego stanu otępienia wyrwało mnie smyranie po szyi. Od razu się domyślałem, że to Aominecchiemu się zaczęło nudzić, ale było mi tak przyjemnie w moim nagłym rozleniwieniu, że jedyne na co się mogłem zdobyć to ciche pomruki na jego poczynania.
– Podoba Ci się? – cicho szeptem podrażnił moje ucho i delikatnie pociągnął za kolczyk w nim tkwiący, na co mogłem zareagować jedynie kolejnym mruknięciem i mocniejszym przytuleniem się do niego.
– Sprawię że będzie jeszcze lepiej – całus w skroń – Pozwolisz mi na to Ryouta?
– Yhyyyy, na wszystko…
Nasze usta spotkały się w nieśmiałym buziaku. Delikatnie muskaliśmy się nimi. Dolna i górna warga i znów zmiana. Powoli, nieśpiesznie czas istniał tylko dla nas i to my go tworzyliśmy. Wciąż i znów na nowo. Język mulata okrążył moje wargi by po chwili delikatnie i jakby na próbę wysunąć go do ich wnętrza, pozwoliłem mu na to, by samemu zaraz wyjść mu na przeciw. Gorąco i wilgoć jakie poczułem, rozeszło się po mnie niczym tsunami, jęknąłem głośno, wypchnąłem gwałtownie biodra do góry. Mój już pobudzony przyjaciel przez ten gwałtowny ruch napotkał twarde podbrzusze partnera. Zajęczałem głośno i zarzuciłem Daikiemu ręce na kark pogłębiając pocałunek chcąc stłumić moje jęki. Zapobiegawczo moje biodra zostały przyciśnięte przez dłonie kochanka, które nakazywały im spoczywać bez ruchu. Na przekór im postanowiłem nimi zakręcić kilka razy. Aomine oderwał się ode mnie i mocno ugryzł w ramię zostawiając na nim ślad zębów.
– Zły Kise – powiedział i zaśmiał się złowrogo.- Za każdą taką akcje zostawię na Tobie ślad do kogo należysz. To było na początek- ucałował miejsce z odbitą przez niego szczęką- Rozumiemy się ?
– Tak.
– Cieszę się.
Jego usta schodziły coraz niżej, przez obojczyk jeden potem drugi do sterczących skutków. Jednego zaczął obrabiać ręką, drugiego językiem. Jęczałem głośniej z każdą chwilą, ale kiedy oderwał się od wilgotnego różowego punkciku i chuchnął nań, nie potrafiłem powstrzymać ani krzyku ani ruchu bioder.
– Oi co Ci mówiłem?
Na moją odpowiedź musiał niestety zaczekać bo przestałem kontaktować, z czego nawiasem mówiąc był bardzo dumny. Gdy już odzyskałem mowę:
– Za nieposłuszeństwo mnie naznaczysz – wydukałem czerwony jak piwonia i odwróciłem twarz chcąc ją zasłonić rękoma. Te niestety zostały zatrzymane i przyciśnięte do materaca.
– Nie chowaj się przede mną, pozwól mi Cię podziwiać, mój mały.
– Nie jestem mały – na co Aominecchi spojrzał w dół na mojego w pełni pobudzonego członka tworzącego namiot pokaźnych rozmiarów w moich spodniach od pidżamy.
– No do małych na pewno nie należysz mój słodki- i ucałował mnie głęboko, tylko po to aby zaraz przyssać się w miejsce tuż nad sercem w celu zostawieniu tam pierwszej malinki, ale na pewno nie ostatniej. Sapnąłem i w przypływie nagłej siły w rękach wyszarpałem się z uchwytu mojego oprawcy, tylko po to by wpleść je w jego miękkie włosy i przyciągnąć go do siebie tak jakbym chciał aby nasze ciała zlały się w jedno. Aominecchi uszczypnął mnie mocno w sutka, ale widać na takie akcje mogłem sobie pozwolić, bo mnie nie „ukarał”. Za to swoimi ustami zszedł na mój brzuszek i zaczął go obcałowywać i delikatnie przygryzać. Zanurzał swój język w moim pępku i zaznaczał swoją ścieżkę co raz niżej i troszkę bardziej na prawo. Zmierzał do kości biodrowej, by i tam mnie popodgryzać. W między czasie położył swoją ciepłą i szorstką dłoń na moim penisie. Jęknąłem głośno tracąc nad sobą prawie całą kontrolę i niemalże dochodząc. Ręka delikatnie poruszała się bo całej jego długości sprawiając mi przyjemność, której już dawno nie czułem. Opuściły mnie wszystkie siły, moje dłonie dotychczas wciąż pieszczące kosmyki Daikiego, wysunęły się z nich, opadły i mocno zacisnęły na pościeli, starałem się jeszcze kontrolować, jak się okazało całkiem daremnie. Uchyliłem moje zamknięte powieki i zobaczyłem granatowe oczy wpatrzone we mnie lubieżnie. Ich właściciel uśmiechnął się i nie przerywając kontaktu wzrokowego pochylił się nad moja męskością i ucałował miękko jej czubek. Zapowietrzyłem się, ale nie odwróciłem się. Uparcie wpatrywałem się w te oczy i poczynania granatowowłosego. Teraz przejeżdżał językiem po całej mojej długości, wrócił na główkę przygryzł ją i ponowił swój czyn znów bawiąc się na całej długości. Jęczałem coraz głośniej, wyginałem się w stronę tych niebiańskich ust, tylko po to aby zaraz zostać przyciśniętym do łóżka, rwałem prawie prześcieradło, nie mogąc już znieść widoku który dodatkowo mnie nakręcał odwróciłem głowę i wtedy poczułem jak mojego członka otula niewyobrażalne gorąco i wilgoć.
– Ach jeszcze, błagam nachhh.
Dostałem co chciałem i to jeszcze jak. Aomine ssał na przemian mocno i słabo. Pomagał sobie ręką w masowaniu mnie, drugą pieścił nabrzmiałe jądra. Kciukiem drażnił wrażliwy punkt między tym co teraz zajmowało mu usta a tym co rozpieszczał samym dotykiem. Było mi niesamowicie dobrze. Jęknąłem więc nieszczęśliwy kiedy przestał.
– Oi Kise, odwróć się, na brzuch.- zburaczałem do końca, ale posłusznie się przekręciłem, sądziłem że miałem klęczeć. Pomyliłem się. Z błędu wyprowadził mnie nagły ciężar, który zwalił mnie z nóg. Na moich plecach leżał Aominecchi, poruszający swoimi biodrami tak aby jego wielki i twardy penis poruszał się sugestywnie między moimi pośladkami.
– Jasna cholera, błagam pośpiesz się bo zwariuje.
– Nie jesteś tak rozwiązły, mogłoby Cię zaboleć, gdybym wszedł bez przygotowania , dlatego blond dupcia musi jeszcze poczekać, aż dokładnie ją przygotuję.
– Achhhhh! Na co czekasz!? Pośpiesz się!
Nie usłyszałem odpowiedzi. Nacisk na mnie zależał, a później znikł zupełnie. Moje uda zostały szeroko rozstawione a biodra podciągnięte. Tyłek miałem wysoko, ale twarz spoczywała na poduszkach. Mulat klepnął, mnie mocno, jęknąłem, gdy poczułem jak moje mięśnie zaciskają się. Poczułem na swojej pupie gorący oddech, a chwilę później usta, które kierowały się w stronę mojej dziurki. Nie potrafiłem się powstrzymać, moje ciało poruszało się samo. Daiki złapał mnie mocno i zaczął okrążać, językiem dość czuły punkcik. Moje ręce zaciskały się na wszystkim czym tylko się dało. Z moich ust wydobywały się najrozmaitsze dźwięki. Bawił się tak ze mną kilka minut
– Błagam Cię, już dłużej nie dam radyyyyyy!
Włożył we mnie swój język. Wsuwał go i wysuwał go, drażniąc mnie niezmiernie. Jego dłonie masowały i rozciągały pośladki.- Aomine, achhh jak mi dobrze. Nahhhh, Ao-mi-neeeee!!!- widać uznał, że jestem już dość wilgotny bo wprowadził we mnie jeden palec i zaczął stymulować mnie od środka. O cholera jakie to przyjemne! – O tak! Aaach, mrrrr!
– Jeszcze? – zapytał mnie ochrypłym od przyjemności głosem.
– Jeszcze!!! Błagam jeszcze!
I wsadził we mnie kolejny palec, lekki dyskomfort, był niczym w porównaniu do tego co mi robił. Delikatne ruchy w przód i w tył. Znów dołożył palec. Przy trzecim syknąłem cicho, ale on i tak to usłyszał
– Zaraz będzie lepiej Kise, zaufaj mi – i klepnął mnie mocno w tyłek.
– O boże! tak błagam daj mi więcej!
– Sam sobie weź
Tak też zrobiłem, zacząłem poruszać się i pieprzyć o palce Daikiego, które zaprzestały wszelkiego ruchu. Narzuciłem szybsze tempo, dla zwiększenia przyjemności. Nie sądziłem że to może być tak dobre. Widząc moje śmiałe poczynania Daikiemu zaczęła puszczać samokontrola. Moje jęki i krzyki tylko podsycały rządzę jaka w nim panowała. Kiedy zacząłem sobie dogadzać ręką, tama w umyśle mojego kochanka pękła. Wyjął ze mnie palce i pchnął mocno tak że leżałem bez sił na materacu, z potężną erekcją wybijającą się w posłanie. Zacząłem kręcić biodrami tak jakbym chciał zrobić pode mną dziurę, w którą wsadzę fiuta i będę mógł wreszcie dojść. Dostałem za to w tyłek.
– A a a, nie wolno! leż tu i czekaj.
Aominecchi wstał i wyszedł do łazienki, z której zaraz wrócił z jakąś fiolką.
– Mam nadzieję, że jesteś gotowy bo teraz to Ty sprawisz przyjemność mi.
Przełknąłem głośno silne i skinąłem głową na znak że rozumiem.
– Świetnie- nakrył mnie swoim ciałem i szepnął mi do ucha.- Bo wiesz Kise, zamierzam Cię zerznąć i to zaraz.
Na znak swoich słów ugryzł mnie mocno w bark. Poddźwignął się polizał swój nowy ślad i kiedy odkorkował buteleczkę przyniesioną z łazienki wylał trochę jej zawartości na moje pośladki i na swojego wielkiego smakowitego kutasa. Wsmarował olejek w nasze ciała i wtedy poczułem miętowy i jabłkowy zapach, który cudownie podrażnił moje zmysły. Aominecchi gwałtownie rozsunął mi uda i pośladki aby mógł się usadowić i mieć dobry widok na moją dziurkę.
– No to wchodzę- poczułem jak się we mnie zagłębia, jak toruje sobie drogę, jak mimo dobrego przygotowania moje mięśnie zakleszczają się na intruzie i nie chcą go dalej wpuścić, jak zaczynam odczuwać ból i mam zacząć błagać go by wyszedł.
– Ciiiiiiii Maleńki, będzie dobrze, spróbuj się rozluźnić, a poczujesz co to prawdziwa rozkosz- całuje mnie po plecach, szepcze uspokajająco, i bawi się moimi włosami. W końcu po czasie, który mógłby być wiecznością, ale też sekundą rozluźniam się powoli, a Aomine czując to znów się we mnie powoli zagłębia. Aż nareszcie znajduje się we mnie cały. Czuje jego jądra zachczające o moje własne. Mężczyzna położył swoją wielką dłoń na mojej szyi i zacisnął ją tam delikatnie, jakby bał się że ucieknę. Przykrywa mnie sobą, niezliczony już raz tej nocy, ale robi to tak by mi nie ograniczać za bardzo ruchów tak naprawdę czuję tylko jego ciepło a nie ciężar. Zaczyna się poruszać. Powoli i ja zaczynam czuć przyjemność, a jego powolne ruchy doprowadzają mnie do obłędu. Mówię mu by przyspieszył, ale on nie słucha. Błagam by wchodził we mnie mocniej, on ma to za nic. Jestem na granicy, krzyczę, jęcze, sapie i stękam. Dalej nic. Nagle członek partnera uderza w moją prostatę. Dochodzę gwałtownie i zaciskam się na Daikim niepozwalając mu się poruszać w żadną ze stron.
– Znalazłem Cię, teraz mogę zaczynać na poważnie- przyspiesza swoje ruchy i zwiększa ich siłę, oszołomiony po niedawnym orgazmie, nie złapawszy jeszcze oddechu czuje że znów się podniecam.
– Aominecchi, szybciej, mocniej nahhhh, aaa jeszcze błagam- uderza w moją prostatę jeszcze raz po moim ciele rozchodzi się fala gorąca. Stwardniałe sutki trą o szorstkawe prześcieradło, ograniczone ruchy podniecają jeszcze bardziej, Daiki drażni wciąż i wciąż moją prostatę. Zaczyna swoją ręką pieścić mojego członka, przez co jestem jeszcze bardziej dociskany do łóżka. Wychodzę naprzeciw jego ruchom jak tylko mogę. Jestem tylko zlepkiem nerwów ustawionych na obieranie przyjemności. Co jakiś czas dostaje klapsy, które każdej ze stron dodają przyjemność. Ścianki mojego odbytu zaciskają się tak przyjemnie, że niemal boleśnie! Aominecchi wzdycha i sapie głośno. Bawi się mną co raz zwiększając tempo to je zmniejszając. Impet z jakim we mnie wchodzi i niemal za każdym razem uderza w moją prostatę, sprawia że już nie krzyczę lecz skomlę jak zranione zwierzę. Moje jądra kurczą się boleśnie od przyjemności, w której uczestniczą. Wyciągam jedną rękę w ich stronę, aby je delikatnie ściskać i szczypać. Aomine wciąż obrabia mojego członka z zapamiętaniem, nasze knykcie niespodziewanie ocierają się o siebie. Już nie mogę wytrzymać, krzyczę imię partnera i dochodzę. Mój orgazm jest tak potężny, że zakleszczam w sobie intruza. Daiki czując, jak mocno się zaciskam i przez targający mną orgazm dostaje niekontrolowanych skurczę, przez które dostarczam mu dodatkowych bodźców, masując jego penisa w moim wnętrzu. Bez zapowiedzi on też dochodzi, gdy moje napięte mięśnie rozluźniają się, on nieczekając na koniec zaczyna poruszać biodrami chcąc pozbyć się całego nasienia i nieświadomie stymuluje moje zmęczone wnętrze. Kiedy ze mnie wychodzi, odczuwam nagłą pustkę i żal że już go nie czuję, ale on kładzie się obok mnie i mimo, że wciąż oboje nie możemy złapać oddechu, przyciąga mnie i układa jak małe dziecko na swojej wielkiej i ciepłej klatce, w którą natychmiast się wtulam. Czuje jak całuje całuję moją głowę i jak zanurza palce w moich włosach, przeczesuje je i zaborczo drugą ręką oplata.
– Świta – szepcze cicho nie chcąc popsuć nastroju.
– Wiem, wszystkiego najlepszego Ryota – podnosi moją głowę za brodę i składa na moich ustach pocałunek taki jak zakochani dają sobie na dzień dobry. Jestem zaskoczony że pamiętał. Leżymy tak jeszcze chwilę, ja zachwycam się jego obecnością a on obserwuje jak pomarańczowe poranne słońce oświetla moja twarz.
– Jesteś moim słońcem Ryota, nie możesz nigdy zniknąć z mojego świata bo to Ty nim jesteś. Kocham Cię moje Ty maleństwo.
Moje wzruszenie jest ogromne, płaczę kilka dobrych chwil z twarzą ukrytą w zagłębieniu szyi Aominecchiego i z rękami oplatającymi go ciasno. Gdyby nie fakt że chlipię mu do ucha nie usłyszałby jak drżącymi od emocji wargami odpowiadam mu ledwo słyszalne – Ja też Cię kocham. -Zasypiam.
Budzę się kiedy słońce powoli chyli się ku zachodowi. Czyjeś ramiona oplatają mnie z znienacka od tyłu i przyciągają do siebie mocno.
– Siemka.
– No siemka.
– Jak się wykąpiesz to zmienimy pościel bo na tej spać się nie da- burczy z grymasem nieszczęścia na twarzy.
– Oh, a czyja to wina, co? – droczę się z nim.
– Twoja, bo doszedłeś dwa razy a ja raz.
– Aominecchiiiiiiii!!!!!!- zaczynam się rumienić. W odpowiedzi dostaje klapsa w tyłek.
– Uciekaj pod prysznic a ja przygotuje pościel- wstaje i robię co mi polecił. Pod prysznicem relaksuje się na krótką chwilę. Kiedy wracam ubrany w jeansy i t-shirt, zaczynamy zmianę posłania. Nagle spod jednego z materacy (tak śpię ma dwóch bo co ) wylatuje jakiś koralik czy inne badziewie.
– Co to?
– A bo ja to wiem, ale szansę na to że przez to nie mogłeś spać są marne.
– Chyba tak- ziewnąłem potężnie.- Kończmy bo chce mi się spać.
Koralik podniosłem i gdzieś położyłem, a po zmianie prześcieradła, poszedłem spać. Po co się ubierałem tego wiem, bo teraz musiałem się przebrać, no ale cóż. Kiedy tylko moja głowa dotknęła poduszki zasnąłem, nie usłyszałem już jak Aominecchi wchodzi do pokoju i chichocząc mówi:
– Ach te księżniczki.
Moje problemy że snem się skończyły. Tak jak i urlop mojego współspacza, który musiał wrócić do pracy co i mnie wkrótce czekało. Jako że mój chłopak, (tak on jest mój i oficjalnie wśród przyjaciół też ) musiał dojeżdżać na komisariat na koniec miasta, to w tygodniu mieszkał u siebie w mieszkaniu, u mnie był na weekendy. Dlatego kiedy w środowy późny wieczór zobaczyłem go w drzwiach i usłyszałem załamane:
– Kise, nie mogę zasnąć.
Po prostu wciągnąłem go do domu gdzie został już ze mną na zawsze.

KONIEC

A może jednak nie? ( dop. Autorki)

– Aka-chin? Ne, ne Aka – chin, to był Twój pomysł z tym koralikiem u Kise-china, prawda?
Drgnąłem niespokojnie, ale ledwo wyczuwalnie i popatrzyłem na mój prywatny kaloryfer przenośny specjalnie do łóżka.
– Skąd ten pomysł, Atsu?
– Bo tylko Aka-chin jest taki mądry.
– Masz mnie- podniosłem ręce w geście poddania.- Ale nikomu ani słowa. To będzie nasza tajemnica.
– Ale czemu? Byłoby…
– Atsu , czekolada Ci się przypala.
– Aka – chin, aaaaaaaaaa moja czekoladka w płynie!!!!!!
– Nie płacz, na półce po lewej masz jej sporo, jakby coś się stało.
– Kocham Cię Aka-chin.
– Wiem Atsu, ja Ciebie też.
– Bo Aka- chin wszystko wie, czekoladka, czekoladka.
Uffff kryzys zażegnany. Tylko on mógł mnie i czekoladę zestawić w jednym zdaniu. On mnie czasami naprawdę zadziwia, to nie ja jestem tu geniuszem, tylko on, bo tylko on potrafi mnie rozgryźć.
Kocham go.

KONIEC

Tłumaczenie:
* w razie „w” (wypadek, nagła sytuacja, w razie czego)
* zmarać się (zmęczyć się)

Nightmares [1/1]

Zamówienie dla Wielkiego Mistrza Monte :D

 
Przerażony blondyn szybko zerwał się z łóżka oddychając spazmatycznie. Czuł jak jego serce wręcz galopuje w jego piersi, tak jakby desperacko pragnęło wydostać się na zewnątrz i pozostawić po sobie jedynie dziurę ziejącą pustką.
Chłopak rozbieganym wzrokiem panicznie rozejrzał się po swojej sypialni, ale z niejaką ulgą spostrzegł, że był tutaj sam. Odetchnął nerwowo i postarał się wyrównać swój chaotyczny oddech, ale strzępki koszmaru, które wciąż miał przed oczami, nie dawały mu szansy na uspokojenie się. Czuł zbierające się pod powiekami łzy, z którymi nie miał już nawet sił walczyć, więc pozwolił im swobodnie płynąć po jego lekko zapadniętych policzkach, mocząc bladą cerę i zostawiając po sobie jedynie słony smak upokorzenia.
Kise był słaby. Wiedział o tym, ale na żaden sposób nie chciał dać sobie pomóc. Uważał, że sam powinien sobie poradzić ze swoimi lękami, dlatego wciąż i wciąż odpychał od siebie swoich przyjaciół, którzy chcieli mu pomóc. Wolał zostać z tym wszystkim sam niż niepotrzebnie zamartwiać wszystkich dookoła. Jego emocje szalały, a chłopak z dnia na dzień stawał się coraz mniej stabilny psychicznie.
Męczył się i wykańczał, ale nikomu nie pozwalał się mieszać. Chciał sobie udowodnić, że wcale nie jest aż tak beznadziejnie słaby. Niestety jego lęki z każdą nocą tylko przybierały na sile, a on nic nie potrafił na to poradzić.
Mimo, że trzymał się jak najbardziej na uboczu to wiedział, że przyjaciele widzieli co się z nim dzieje. Powiększające się cienie pod oczami oraz coraz bardziej zapadnięte policzki, nie zostawiały wiele pola dla domysłów. Nie chciał być problemem dla innych. Chował się przed ich wzrokiem i uciekał kiedy tylko mógł, ale oni i tak znajdywali sposób, aby dowiedzieć się jak się trzyma. W pewien sposób było to miłe, ale i tak czuł się przygnębiony przysparzając im tyle nerwów. Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że takie zachowanie sprawiało, że martwili się jeszcze bardziej.
Roztrzęsiony chłopak położył się z powrotem na plecach i zakrył twarz dłońmi, pocierając ją mocno. Zerknął przez palce na zegarek stojący na szafce przy łóżku. Dochodziła trzecia w nocy. Był pewien, że już nie uda mu się zasnąć tej nocy.
To nie był pierwszy taki przypadek. Kise miewał koszmary prawie każdej nocy już od ponad pół roku. Doszło to już do tego stopnia, że bał się zasypiać w obawie przed nocnymi marami. Noce stały się dla niego najgorszą porą w ciągu doby. Pójście do łóżka odkładał tak długo jak tylko mógł. Jego organizm już buntował się przed takim zachowaniem, ale Ryouta nie mógł pokonać tego paraliżującego strachu.
Blondyn pociągnął nosem i z powrotem usiadł na łóżku. Zapalił lampkę, która rozproszyła okropne cienie i znowu rozejrzał się po pokoju. Westchnął ciężko i ponownie przetarł piekące oczy.
Zdał sobie sprawę, że dłużej już nie mógł tak funkcjonować. Nie chciał bać się każdego cienia, każdej osoby. Chciał znowu być tym radosnym blondynem, który irytował wszystkich swoim beztroskim zachowaniem. Teraz widział, że sam już nie powróci do tego, nie da rady zwyczajnie przestać myśleć o tym co się działo w jego głowie. To było dla niego zdecydowanie za trudne.
Chłopak sięgnął po telefon i upewnił się, że naprawdę jest już tak późno. Cóż, jego zegarek się jednak nie mylił. Pod wpływem impulsu, Kise wykręcił telefon do jedynej osoby, o której myślał w takich chwilach i przyłożył telefon do ucha.
Jeden sygnał, drugi, trzeci…
Już tracił nadzieję, że osoba po drugiej stronie odbierze. W końcu nie byłoby to niczym dziwnym ze względu na tak nieboską porę. Jednak po czwartym sygnale usłyszał w końcu, że telefon został odebrany.
– Słucham?
Głos czerwonowłosego rozbudził go na dobre. Zdziwiło go trochę, że nie brzmiał na ani trochę zaspanego, jakby tylko czekał na ten telefon. Odetchnął z ulgą i westchnął ciężko powracając do rzeczywistości.
– T-to ja- powiedział łamiącym się i nienaturalnie zachrypniętym głosem.
– Ryota- odparł spokojnie.- Co się stało?
Jego głos był pewny jak zawsze. Nie zdradzał żadnych emocji co paradoksalnie pomagało blondynowi się uspokoić. Wiedział, że był on jedyną osobą, która się nie bała. Był jego jedyną nadzieją na odzyskanie spokoju.
– Akashicchi- jęknął do komórki. Naprawdę żałował, że nie mógł go teraz zobaczyć.- Boję się.
W słuchawce zapanowała cisza przerywana jedynie oddechem chłopaka po drugiej stronie połączenia. Nie była to jedna z tych niezręcznych chwil, które chce się jak najszybciej przerwać. Ta cisza była kojąca. Dawała możliwość uspokojenia rozszalałych nerwów.
– Spokojnie- odparł miękko.- Co się stało?- powtórzył cierpliwie.
Ryota zdawał się być zaskoczony spokojem czerwonowłosego. W końcu był środek nocy, a blondyn był niemal pewien, że obudził chłopaka. Nie wiedział jakim cudem ten wiecznie kontrolujący wszystko człowiek potrafił się zmienić w tak spokojnego i cierpliwego. A może to tylko ze względu na tragiczny stan blondyna. Sam już nie potrafił powiedzieć, ale to co wiedział na pewno to to, że jest mu wdzięczny.
W końcu to był pierwszy raz, kiedy Kise zwrócił się do kogokolwiek o pomoc. Cieszył się, że nie został odrzucony, bo to by już nie pozwoliło mu się podnieść. Odrzucenie i niezrozumienie to był kolejny z jego strachów. Bardzo możliwe, że właśnie dlatego osobą, do której dzwonił był właśnie zaradny Akashi. Duży wpływ miało na to jego bezgraniczne zaufanie do chłopaka.
– Mam…koszmary- powiedział powoli.
– Wiem- odparł pewnie, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.- Opowiedz co ci się śni.
Blondyn przełknął ciężko ślinę i zamrugał gwałtownie, aby pozbyć się łez spod powiek. Wziął głęboki, uspokajający oddech i kiwnął głową dodając sobie otuchy.
– To jest zawsze małe i całkowicie ciemne pomieszczenie…zamknięte pomieszczenie, bez drzwi, okien, całkowicie bez niczego- zaczął opowiadać, ale z każdym słowem stawał się coraz bardziej nerwowy.
Podczas mówienia wyłamywał sobie nerwowo palce i rozglądał się wciąż po pokoju, aby upewnić się, że jest sam i całkowicie bezpieczny. Nie znosił tej bezsilności, która dopadała go, gdy musiał zmierzyć się ze swoim lękiem. To udowadniało mu jak bardzo słaby był naprawdę.
– Co dalej?- dopytał Akashi, ale jego głos nie wskazywał na zainteresowanie. Nie wydawał się też znudzony ani poruszony, zupełnie tak jakby był wyprany ze wszelkich emocji. Kise to jednak zupełnie nie przeszkadzało. Wiedział, że może mu teraz powiedzieć wszystko, a on swoje osobiste odczucia zostawi dla siebie. Jak zawsze zresztą.
– W tym miejscu czuć krew…okropny smród krwi i zgnilizny. Jest wilgotno jak w jakiejś piwnicy- zatrząsł się, wymawiając to wszystko. Te obrazy powróciły do niego po raz kolejny i nie mógł sobie z tym poradzić. Zacisnął, więc mocno dłoń na włosach i szarpnął nimi, aby poczuć ból, który chociaż na chwilę był w stanie odwrócić jego uwagę od tych strasznych obrazów.- Ta… postać, która tam jest, ona chyba nie żyje. Nie wiem, ale wygląda jak trup, chociaż jest ciemno. Nie widać dokładnie szczegółów, ale to i tak straszne.
Kise zdał sobie sprawę z tego, że znów płakał, kiedy niekontrolowane szlochanie wyrwało się z jego gardła. Otarł łzy i przykładając do ust dłoń zaciśniętą w pięść, próbował się uciszyć i uspokoić.
Usłyszał w telefonie jak czerwonowłosy wciągnął głęboko powietrze do płuc, a potem z sykiem je wypuścił. Podczas tej rozmowy to był właściwie pierwszy moment, kiedy Seijuurou zdradził jakieś swoje emocje.
– Uspokój się, Ryota- powiedział Akashi.
– Ale ty nie rozumiesz- wyjąkał chłopak. Był już zupełnie na skraju załamania nerwowego i kompletnie nie wiedział co ma robić.- T-to nie tak, że to wszystko! Potem robi się jasno, tak zupełnie nagle pojawia się światło i mnie oślepia, a już w kolejnej sekundzie zdaję sobie sprawę, że to na czym siedzę i gdzie jestem to nie jest wcale zwykłe pomieszczenie!- blondyn zaczynał wpadać w panikę i wysokim, podniesionym głosem zaczął coraz szybciej opowiadać o swoim śnie.- Wszędzie walały się wnętrzności, ręce, nogi…głowy. Wszyscy moi bliscy…moi rodzice, siostra…ty- chlipnął do telefonu.- Ale najgorsze z tego wszystkiego było to, że widziałem kto to zrobił! To byłem ja, rozumiesz? Widziałem siebie, całego we krwi z tym okropnym uśmiechem na twarzy. I, i…i- w tym momencie Kise nie wytrzymał i rozpłakał się na dobre.
Nie był już w stanie wykrztusić z siebie żadnego słowa. Jego ciałem zawładnął obezwładniający szloch. Ramiona drżały mu spazmatycznie i nie potrafił złapać oddechu. Dusił się własnymi łzami. Nie zwrócił nawet uwagi na to, że telefon wypadł mu z ręki i leżał teraz na pościeli. Był zbyt bardzo roztrzęsiony, żeby się tym martwić.
Po chwili usłyszał dźwięk dzwonka do drzwi. Drgnął przestraszony i nadal płacząc, poszedł sprawdzić kto się do niego dobija o tej porze. Otworzył drzwi i nawet nie zdążył zobaczyć kto o, gdy poczuł jak silne ramiona obejmują go w pasie, a czerwone włosy załaskotały go w nos. Natychmiast wtulił się w ciepłe ciało Akashiego i płakał, zaciskając dłonie na jego koszuli. Czując przy sobie ciało Seijuurou oraz jego obezwładniający zapach, zaczął się powoli uspokajać.
Akashi, nic nie mówiąc, złapał go za rękę i pociągnął go wgłąb mieszkania, do sypialni chłopaka. Posadził go na łóżko i nadal go przytulał. Wiedział, że musi uspokoić chłopaka.
Po kilku długich minutach, Ryota w końcu się trochę uspokoił i spojrzał na czerwonowłosego swoimi zapłakanymi oczami.
– Akashi- szepnął zachrypniętym głosem.
– Nic nie mów, Ryota- powiedział cicho.- Musisz się uspokoić.
Blondyn uśmiechnął się do niego delikatnie. Był mu wdzięczny za to, że przyjechał. Potrzebował go teraz tak samo jak tlenu do oddychania.
Akashi gładził modela po plecach tak długo, aż ten w końcu zasnął spokojnie w jego ramionach, a delikatny uśmiech nie schodził mu z warg. Tylko on widział jego cierpienie i był przy tym jak ten płakał. To mu wystarczało, żeby być w pełni szczęśliwym.