Night club- NijiHai [1/1]

Z okazji Międzynarodowego Dnia Pisarzy <3 Enjoy!
~~~~~~

Nijimura był strasznie znudzony swoją codzienną rutyną. Sprawy sądowe przestały być tak fascynujące i wciągające jak kiedyś, a stały się zwyczajnie przewidywalne. Miał dość czegoś takiego i chciał chociaż na chwilę oderwać się od tego wszystkiego. Udał się więc do miejsca, które jako pierwsze przyszło mu do głowy. Nie był znany z pochopności, a swoje decyzje zazwyczaj poddawał przemyśleniu, ale teraz potrzebował chociaż trochę spontaniczności. Tego mu właśnie brakowało w jego dwudziestopięcioletnim życiu.
Szybko załatwił wszystkie formalności i poszedł na piętro do pokoju opatrzonego numerem dwadzieścia siedem. Wszedł i nawet się nie rozglądając, podszedł do czarnej, skórzanej kanapy. Usiadł na niej wygodnie, nalał sobie czerwonego wina i oparł się o oparcie. Teraz musiał tylko chwilę poczekać.
– No proszę, proszę, panie kapitanie. Kto by się ciebie spodziewał w takim miejscu? – mężczyzna usłyszał za sobą znajomy, przepełniony ironią głos.
Odwrócił się i spojrzał prosto w oczy szarowłosego członka swojej dawnej drużyny. W wejściu do pokoju stał nie kto inny, a Haizaki Shougo. Ubrany był jednak strasznie dziwnie jak na niego. Chłopak miał na sobie czarny, luźny top na ramiączka z dużymi wycięciami zarówno na ręce jak i w dekolcie. Jedno ramiączko luźno zwisało z ramienia dodając mu powabu. Białe, krótkie spodenki i co najdziwniejsze czarne szpilki i ostry makijaż, dopełniały drapieżny wygląd młodszego chłopaka.
– Co ty tu robisz Haizaki?- zapytał głupio jak na siebie, Shuuzou. Był jednak niesamowicie zaskoczony tym co go tu zastało. Tego się w ogóle nie spodziewał.
– Przyszedłem dla ciebie zatańczyć- rzucił z kpiącym uśmiechem i wzruszył ramionami.
Chłopak zamknął za sobą drzwi i włączył kilka przełączników. Trzy różnokolorowe reflektory rzuciły światło na niewielką scenę z metalową rurą zamontowaną na niej, a z głośników cicho popłynęła klimatyczna muzyka. Szarowłosy z gracją wszedł na scenę i stanął obok swojego dzisiejszego rekwizytu. Był już przyzwyczajony do swojego stylu życia, ale nadal pamiętał jak upokarzające to było za pierwszym razem. Teraz czuł się podobnie, ale nie miał zamiaru pokazać po sobie skrępowania. Nie zamierzał dawać mu tej cholernej satysfakcji.
– Pracujesz tu?- padło kolejne pytanie z ust zaskoczonego klienta ekskluzywnego klubu nocnego.
Haizaki zaśmiał się kpiąco i skinął głową. Obiema rękami pewnie złapał się rury i zakręcił się wolno wokół niej, rozgrzewając się.
– Jak długo?- Shuuzou nadal był zdezorientowany, ale już starał się opanować i powrócić do swojego pewnego stylu bycia.
– Wystarczająco, żeby być tym najlepszym- odpowiedział szarowłosy. Spojrzał prosto w oczy swojego byłego kapitana i uśmiechnął się kątem ust. Kręcąc biodrami w rytm muzyki, zaczął powoli zjeżdżać w dół, tak że był przed mężczyzną w szerokim rozkroku. Jedną ręką nadal mocno trzymał się rury, a drugą prowokacyjnie przesunął od swojej łydki przez wewnętrzną stronę uda i zatrzymał ją dopiero na guziku swoich spodenek. Przy tym nadal patrzył prosto w te stalowoszare oczy, które go niemal hipnotyzowały. Zawsze miał słabość do tych jego przewiercających na wskroś oczu. Szybko skarcił się w myślach za takie wspominanie dawnych czasów. Miał to już za sobą i nie miał najmniejszego zamiaru powracać do tego co było kiedyś.
– Zawsze byłeś pewnym siebie gnojkiem- stwierdził z pełną powagą Nijimura, przy czym czujnie obserwował każdy ruch chłopaka.- Na jakiej jednak podstawie twierdzisz, że to właśnie ty jesteś najlepszy?
Haizaki uśmiechnął się z wyższością, co dziwnie wyglądało w sytuacji w jakiej obaj się znajdowali. Jednym, szybkim ruchem znalazł się z powrotem na prostych nogach. Odwrócił się tyłem do chłopaka, nadal kręcąc zachęcająco biodrami i obejrzał się na niego przez ramię. Uwielbiał tą pracę między innymi dlatego, że podobało mu się uwodzenie, kuszenie, a następnie patrzenie na tych wszystkich sfrustrowanych facetów, którzy nie wytrzymywali nawet do połowy jego występu. Tego jednego mężczyznę, który teraz siedział na tej czarnej kanapie wyjątkowo mocno chciał doprowadzić do takiego stanu. Uśmiechnął się do niego zmysłowo, lekko przy tym przymykając oczy.
– Widzę jak działam na mężczyzn- wyszeptał.- Zresztą, nie bez przyczyny szef wyznaczył za mój jeden występ taką kasę.
Mówiąc to zakręcił się wokół rury, po czym podskoczył i oplótł ją nogami. Puścił się rękoma i zmysłowo wygiął plecy, trzymając się w górze jedynie udami. Sprawiało to wrażenie jakby kogoś nimi oplatał i wisiał na swoim kochanku. Spojrzał na Nijimurę od dołu i oblizał sugestywnie usta.
Shuuzou zmierzył chłopaka spojrzeniem. Nie dało się ukryć, że szarowłosy bardzo na niego działał. Jego penis już dawno nie był całkowicie miękki, ale teraz już wyraźnie odznaczał się w jego dopasowanych spodniach. Samo patrzenie na chłopaka było elektryzującym przeżyciem. Haizaki strasznie się zmienił przez ostatnie lata, kiedy się nie widzieli. Tutaj, teraz mógł przyznać, że bardzo go pociągał taki wyzywający i seksowny. Tak inny od tego wyszczekanego małolata jakim go zapamiętał.
– Hej Shougo, mógłbyś mi obciągnąć, tak ze względu na starą znajomość- zamruczał nisko starszy mężczyzna.
Haizaki przymknął oczy, stając już na ziemi i odetchnął nerwowo. Powtarzał sobie, że ten etap ma już dawno za sobą. Grunt to nie dać się mu kolejny raz sprowokować. Wymusił na sobie kpiący uśmieszek i spojrzał na niego, wyzywająco oblizując usta.
– Nie jestem dziwką, tylko tancerzem- powiedział pewnie.
– Erotycznym, na to samo wychodzi- skontrował od razu czarnowłosy, uśmiechając się wrednie.
Droczenie się z tym niepokornym punkiem zawsze było świetną zabawą. Nadszedł czas, żeby sprawdzić, czy i w tej kwestii nic się nie zmieniło. Charakter ponoć jest o wiele trudniej zmienić niż sam wygląd.
– Jesteś żałosnym skurwielem- mruknął chłopak.
Zakręcił się kilka razy wokół rury, wskoczył na nią oplatając ją udami i zjechał w dół. Zakończył swój układ siadając w rozkroku z rurą pomiędzy swoimi, wyeksponowanymi w tym momencie, udami.
– Zresztą… tobie i tak bym nigdy nie obciągnął- powiedział z całą pewnością na jaką było go w tym momencie stać.
– Przyznaj się, marzysz o tym- zaśmiał się w ogóle nieskrępowany Shuuzou.
– Może kiedyś- powiedział butnie młodszy chłopak i wzruszył obojętnie ramionami. – Teraz nie tknąłbym cię nawet kijem.
Nijmura najpierw rozszerzył oczy w szoku na tak jawne potwierdzenie. Shougo, którego znał nigdy w życiu nie powiedziałby czegoś takiego. Następnie zmarszczył mocno brwi. Bezczelny gówniarz. Jak on się w ogóle do niego odzywał. Pozwalał sobie na zdecydowanie zbyt wiele. Chyba już zapomniał jak to jest porządnie oberwać. Jeśli jeszcze dłużej będzie prowokował starszego mężczyznę to będzie miał najprawdopodobniej okazję sobie przypomnieć to uczucie.
– Uważaj co mówisz- ostrzegł mężczyzna.
– I tak nic mi już nie możesz zrobić- zaśmiał się cynicznie szarowłosy.
Nie mógł i nie chciał dać się zastraszyć. Już nie. Był na to za stary, w końcu nie miał już tych szesnastu lat, a dwadzieścia trzy i potrafił sam o siebie zadbać.
Nijimura prychnął ze złości pod nosem i ignorując swój nie-tak-mały problem, szybko wstał z kanapy i ruszył w stronę tancerza. Zdziwił go trochę fakt, że ten nie ruszył się z miejsca i nie próbował nawet uciekać, tylko wciąż zawzięcie patrzył mu w oczy. To również się zmieniło- pomyślał gorzko.
Czarnowłosy stanął tuż przed chłopakiem i z zaskoczenia mocno uderzył zaciśniętą pięścią w ścianę zaraz obok twarzy niższego, nawet mimo szpilek, chłopaka.
Shougo zmrużył oczy, ale nawet nie drgnął. Kiedyś kuliłby się. Kiedyś. Teraz był innym człowiekiem. Nie bał się już, wiedział, że mimo przewagi chłopaka- tu jest bezpieczny.
– Nic mi nie zrobisz- powtórzył poważnie.
– Nie bądź taki pewien, Shou- warknął Nijimura.
Zmiany jakie się dokonały w chłopaku strasznie go irytowały. Nie wiedział jak w tak krótkim czasie można aż tak bardzo się zmienić. To nie był już ten sam narwany punk, którego tak uwielbiał. Do którego od zawsze miał ogromną słabość, ale nie potrafił się do tego przyznać- nawet przed sobą.
– Nie mów tak do mnie!- szarpnął się nagle chłopak i odsunął od wyższego mężczyzny.
Miał go już dość. Nie sądził, że ten wieczór będzie aż tak męczący, chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że z Nijimurą zawsze było trudno wytrzymać. Teraz z całą siłą uderzyła w niego świadomość tego, że w gimnazjum był głupim szczeniakiem. Nie wiedział jak wtedy mógł zakochać się w tym człowieku. Jak w ogóle kiedykolwiek mógł myśleć, że ten jest genialnym facetem, a jego zalety przewyższają wszystkie wady. Musiał być naprawdę głupi.
Przecież Shuuzou nigdy nie traktował go nawet w najmniejszym stopniu dobrze. Zawsze wyżywał się na nim i zdawał się mieć chłopaka tyko do tego, aby móc się wyładować. W końcu Haizaki zazwyczaj był pod ręką. Zawsze kręcił się jak najbliżej czarnowłosego. Mógł wykorzystać sytuację w każdym momencie, bo ten lgnął do niego jak szczeniak potrzebujący uwagi.
– Co mi możesz niby zrobić?- zaśmiał się wrednie czarnowłosy.
Haizaki uśmiechnął się słodko i przejechał uwodzicielsko ręką po torsie chłopaka. Oblizał przy tym usta w bardzo sugestywny sposób.
– Naprawdę jesteś chujem- powiedział trzepocząc rzęsami, a później nagle kopnął chłopaka kolanem prosto w krocze.
Po tym szybko się od niego odsunął na stosowną odległość, patrząc jak mężczyzna złapał się za przód spodni sycząc niebezpiecznie. Po chwili, kiedy ból już zaczął powoli mijać, stanął prosto i spojrzał na chłopaka morderczym wzrokiem. Cholerny gówniarz, zdecydowanie za bardzo przeginał.
– Ty pierdolona cioto, chyba nie myślisz, że ujdzie ci to na sucho?- warknął agresywnie mężczyzna.
Szarowłosy zapobiegawczo cofnął się jeszcze o kilka kroków w tył, aż w końcu oparł się plecami o ścianę za sobą. Znalazł się w zdecydowanie niezbyt przystępnej sytuacji. Nie znosił być zapędzonym w kozi róg, a z Nijimurą zdarzało mu się to zdecydowanie zbyt często. Za łatwo dawał mu się podejść.
Uważnie patrzył na każdy ruch czarnowłosego, musiał się pilnować. W końcu starszy mężczyzna był nadal tak samo nieprzewidywalny jak zawsze. To była jedna z wielu cech, które znienawidził w tym człowieku. Wiedział, że on nigdy się nie zmieni, dlatego właśnie przestał się łudzić. Zaczął w końcu żyć własnym życiem, z dala od niego, a teraz on tak po prostu bezczelnie znowu wlazł w jego życie z buciorami. Nawet nie oczekiwał od niego zgody, aprobaty. Zwyczajnie- jak zawsze- robił cokolwiek chciał, nie zwracając uwagi na protesty ze strony innych. A Shougo chciał zaprotestować. Chciał się go w końcu pozbyć ze swojego życia, serca, pamięci. Raz, a dobrze i najlepiej na zawsze. Nie chciał tego zamętu jaki ten przystojny mężczyzna wprowadzał w jego dotychczas poukładane życie. Chciał znowu się od niego uwolnić. Nie mógł pozwolić się zniewolić i kolejny raz odebrać zdolność trzeźwego myślenia. Wyrósł już ze swojej dziecinnej ufności i naiwności. Nie mamił się mrzonkami, że czarnowłosy mógłby się zmienić. Wiedział, że to nigdy nie nastąpi.
– Jakiś problem, Shuuzou?- nagle usłyszeli cichy, a jednak bardzo dobitny głos, w którym słychać było przestrogę.
Nijimura odwrócił się gwałtownie i ze złością spojrzał na czerwonowłosego mężczyznę, który odważył się im przerwać. Warknął cicho pod nosem i nie odsuwając się od swojej przyszłej-niedoszłej ofiary, zlustrował Akashiego. Prawie nic z wyglądu się w nim nie zmieniło. Jego heterochromiczne oczy nadal patrzyły tak samo ostrzegawczo i niemal przytłaczały i przyszpilały człowieka do ziemi, jednak na czarnowłosego to nie działało. Chyba jedyną rzeczą jaka się zmieniła w Akashim była ta jego obsesja na jego punkcie. Chyba całkowicie mu to przeszło i jak widać wcielił się w rolę ultimate emperatora. Czarnowłosy nie wiedział czy powinien się z tego cieszyć, bo to raczej uniemożliwi mu już teraz wpływanie na jego decyzje. Jednak nadal nurtowała Nijjimurę jedna rzecz. Mianowicie, skąd ten czerwonowłosy chłopak się tutaj wziął?
– Nie interesuj się- odpowiedział szybko i ponownie spojrzał na szarowłosego, który teraz uśmiechał się, jakoś tak nienaturalnie dla niego, wesoło.
– Wiesz…- mruknął cicho Akashi, wolnym krokiem podchodząc do mężczyzny.- To jednak moja sprawa, kiedy ktoś stara się zastraszyć moją własność- skończył ostrzej i spojrzał na czarnowłosego tak inaczej niż kiedykolwiek. Jego wzrok, gdyby tylko mógł, sprawiłby, że Nijimura zniknąłby z powierzchni ziemi szybciej niż się na niej pojawił.
Szarowłosy, korzystając z nadarzającej się okazji, wyślizgnął się z klatki z rąk czarnowłosego i podszedł do Akashiego, kręcąc biodrami. Teraz z pełną premedytacją prowokował Nijimurę. Był bezpieczny, był z Akashim.
– Widzisz Nijimura, czasy się zmieniły- zaśmiał się Shougo i objął Akashiego w pasie, kładąc mu głowę na ramieniu w geście uległości.- Mówiłem, że nie możesz mi nic zrobić, bo nie należę do ciebie. Nigdy nie należałem.
Czarnowłosy prychnął pod nosem z ironią. Nie spodziewał się tego. Jak to się mogło w ogóle stać, że Shougo tańczył w klubie nocnym Akashiego, że obściskiwał Akashiego i nawet nie zaprzeczał, że należy do niego! Nie wierzył, po prostu to było nie do pomyślenia. Stary Haizaki nigdy by się tak nie zachował. No właśnie, ale to już nie był ten sam chłopak. Przecież czasy się zmieniły.
– Należę do Akashiego i tylko on ma prawo do mojego ciała i duszy. Jestem cały jego, bez względu na wszystko.
Czerwonowłosy uśmiechnął się drapieżnie, mrużąc oczy. Kiwnął przy tym głową, ale nie odezwał się ani się nie poruszył. Wiedział, że ta walka należała do Shougo.
– Nie wierzę- prychnął Shuuzou.
– Nie musisz. Takie są fakty- zaśmiał się Haizaki.- Myślę, że teraz możesz już iść. Nic tu po tobie.
Czarnowłosy pokręcił głową z politowaniem i warknął pod nosem. Cholerny gówniarz. Dawno powinien był dać sobie z nim spokój.
Szarowłosy odetchnął ciężko i wtulił swoją twarz w szyję Akashiego. W końcu poczuł się prawdziwie wolny. Żelazna pięść, ściskająca go za gardło od tak dawna, w końcu znikła i mógł odetchnąć pełną piersią. Było wolny od Nijimury. Wolny.

Lek na wszystko [1/1]

‘’ Jestem po egzaminie. Poszedłem na niego z gorączką, bólem gardła, katarem i nieznośnymi zawrotami głowy. Adrenalina jednak robi swoje. Mogę założyć, że zdam praktykę i zostanę lekarzem. Oczywiście moja kondycja zdrowotna schodzi na dalszy plan, gdy mowa o mojej przyszłości. Prawdziwa zmora dopadła mnie dopiero, gdy wróciłem do domu i miałem problem doczłapać się do własnego wielkiego wygodnego łóżka. Kiedy obudziłeś mnie po ponad 12 godzinach snu, poprosiłem Cię jedynie abyś spakował mi do torby podróżnej kilka rzeczy, które będą mi potrzebne. Nie pytałeś o nic. W tych nielicznych chwilach utwierdzam się w przekonaniu, że za nic pod słońcem nie zamienił bym Cię na nic innego w świecie. Ty po prostu wiedziałeś czego w tej chwili potrzebowałem. Zadałeś tylko jedno pytanie.
Minęło 48 godzin od tamtej chwili. Żałuję, że powiedziałem Ci ‘’nie’’. Muszę nauczyć się żyć bez Ciebie. Muszę nauczyć się oddychać samodzielnie. Jesteśmy mężczyznami. Nie mogę po prostu wychodzić z założenia, że zawsze będziesz przy mnie. Że nigdy mnie nie zostawisz. Musze być gotowy na każdą okoliczność. Nic mnie nigdy w życiu nie zaskoczyło prócz jednego- Ciebie. Jesteś jak woda, utrzymujesz mnie przy życiu. Jesteś jak ogień, rozpalasz mnie po za granice ludzkich możliwości. Jesteś jak powietrze, otaczasz mnie z każdej strony, sprawiasz że oddycham tylko dzięki Tobie i tylko dla Ciebie. Jesteś jak ziemia, stały w uczuciach lecz tak jak i ona potrafisz osunąć się jak grunt, bym stracił w Tobie oparcie. Jesteś kwintesencjom mojego istnienia. Jesteś dla mnie. Jesteś przeze mnie. Jesteś mną. Nienawidzę być przez Ciebie zaskakiwany, ale gdy robisz coś po mojej myśli jestem wielce rozczarowany. Tylko czemu? Nie potrafię Cię rozgryźć. Ty już dawno poznałeś mnie na wskroś. Rozłożyłeś mnie na cząsteczki pierwsze, złożyłeś i prześwietliłeś każdą pojedynczą komórkę mojego jestestwa. Nauczyłeś się mnie na pamięć. A ja, po tylu latach, wciąż Cię nie rozumiem. Czy świadczy to o mnie tylko tyle, że Cię nie kocham wystarczająco? Czy wręcz przeciwnie, tak mocno, że zamykasz mi oczy na wszystko w tym i siebie, że potrafię jedyne co dostrzec to Twój uśmiech gdy co rano mnie witasz i gdy co wieczór mnie zegnasz, bezgłośnie mówiąc do zobaczenia za chwilę? Powiedz coś bo już nic nie wiem mimo iż wiedzę mam większą niż wszyscy których znam. Nie, lepiej nic nie mów. W końcu mam się tego nauczyć. Obiecaj jednak, że gdy kiedyś to pojmę to mnie nie zostawisz, że będziesz trwał przy mnie tak jak teraz.
Czuję się już lepiej. Na pewno zdrowiej niż jeszcze dwa dni wcześniej, gdy Ty byłeś obok. Czemu tak jest? Leżę na bujance. Słońce przyjemnie grzeję moją wiecznie bladą skórę. Gorączka mi już spadła. Katar powoli ustępuje. Zażywam mnóstwo witaminy D. Póki jest słońce. Kto wie jakie będzie lato tego roku. Może znów tu razem przyjedziemy. Następnym razem we dwójkę. Moje Dziadki się nieźle zdziwili jak zobaczyli mnie bez Ciebie. Nawet ich w sobie rozkochałeś. Wrosłeś i zakorzeniłeś się głęboko w serca ludzi mojej rodziny. Tak jak Ty nie zadali żadnych pytań. Po prostu wiedzieli. Przed Twoją erą, zawszę gdy byłem poważnie chory przyjeżdżałem do nich na wieś by móc w spokoju wyzdrowieć i nabrać sił na kolejne zmagania. Leżę i słucham, szumu trawy obok mnie, lasu który tuż obok kołyszę się w rytm liści tańczących na wietrze, w krzyk jastrzębi przelatujących mi nad głową. Podziwiam jak pikują i zręcznie pochwytają swą ofiarę w szpony by już nigdy jej nie wypuścić. Ty tak samo usidliłeś mnie. Nawet gdy Cię nie ma obok mnie, nie jestem wolny. Z drugiej zaś strony co by to była za wolność bez Ciebie obok mnie. Krzyk jastrzębi. Odgłos znany mi odkąd tylko pamiętam. Tak piękny, tak czysty, tak zabójczy. Zwiastun śmierci dla ofiary, odbija się w mej głowie echem. Uwalnia mój umysł. Wreszcie jest on przejrzysty. Tak jak w dniu, gdy mając kilka lat obserwowałem prze teleskop te majestatyczne ptaki, zachwycając się ich bytem. Wolność, którą zapamiętam na zawsze, przeszłość w której nie ma Ciebie obok mnie. Czas płynie nieubłaganie, wraz z nim uczę się samemu żyć. Dni mijają spokojnie, czuć w nich upragnioną przez wszystkich wolność, otaczającą nas. Prostych ludzi. Na wsi czas leci wolniej. Czasami lubi się nawet zatrzymać by, na krótką chwilę w pamięci, wyryć na zawsze już obraz rozciągający się przed naszymi oczami. W moim przypadku to jastrzębie krzyczące do mnie bym na zawsze wiedział gdzie należę ja i moja dusza, bo moje serce tylko w części może w tym uczestniczyć. Jego druga połówka już została komuś podarowana. Wiesz o tym, prawda? Należy ona do Ciebie. Wstaję z bujanki. Schodzę ze słońca. Kieruję swoje kroki w stronę domu, by móc schronić się w cieniu swojego pokoju i zasypiając, móc słyszeć krzyk jastrzębi i koncert cykad grany gdzieś daleko lecz też zaskakująco blisko mnie. Kolejny urok tego miejsca. One zawszę grają, nie liczą się z porą dnia, to jedyne takie cykady, nigdzie indziej nie grają niemalże dwudziestu-czterech godzin. Jedyne czego mi tu brakuje to świetlików z mojej działki, które by oświetlały okolicę kilka minut po zachodzie słońca. To byłaby idealna sceneria. Ich krzyk, ich gra, ich blask i trzepot skrzydeł nietoperza wyruszającego rozprostować skrzydła po całodziennej drzemce. Bo i one tu są. Latają i dodają scenerii lekkiego mroku wprowadzającego nutkę tajemniczości do mojego ogrodu baśniowego, w którym da się czuć zapach winogron. Jak to możliwe? Przecież jeszcze w pełni nie zakwitły.
Ciebie wciąż nie ma obok mnie. Podchodzę już pod dom. Słyszę rumor koło bramki. Podnoszę głowę. Czas staje w miejscu. Dla właśnie takich chwil jego upływ staje się nieodczuwalny. Przekraczasz bramkę. Pokonujesz delikatne zniesienie ze schodów. Uśmiechasz się do mnie. Szepczesz to swoje Shin-chan. A ja zauważam, że z moich oczu lecą łzy. Każda na wagę złota i każda niczym diament lśni. Ocierasz moje policzki ze słonych kropli swoimi ciepłymi kochającymi dłoni. Otaczasz mnie ramionami…
– Mówiłem przecież, że nie chcę byś jechał ze mną.
– Wiem.
– Więc czemu?
– Bo dom jest tam, gdzie moje serce, a o no jest zawsze i na zawsze z Tobą.
Całujesz delikatnie moje usta. Słodko-słony pocałunek, taki który już się więcej nie powtórzy.
Z domu wychodzi Babcia. Krzyczy Twoje imię. A ja zamiast jej głosu słyszę krzyk jastrzębia, który właśnie odzyskał wolność, choć wcześniej nawet nie wiedział, że ją utracił. Tym jastrzębiem jestem ja. Na powrót wznoszę się w przestworza i odżywam. Bo już jesteś obok mnie. Czas na powrót biegnie swoim torem. Gdy wieczorem siedzę na drewnianej huśtawce a Ty zajmujesz miejsce obok mnie znowu znajduję się w moim ogrodzie z baśni. Słyszę Ich krzyk, Ich gra, Ich blask, Ich trzepot, Ich zapach i czuje. Czuje Ciebie obok mnie. Za kilka dni wrócimy do świata realnego. Mój ogród zniknie, ale Ty zostaniesz. Nie smuć się, on zawszę będzie tu na nas czekał.
Słyszę ostatni dziś już raz krzyk jastrzębia. To ja krzyczę, choć tak naprawdę milczę. Krzyczy moja dusza, że znów jest wolna.
– Kocham Cię, Kazunari.
Nic nie mówisz. Nie musisz. Przytulasz mnie mocno i całujesz w głowę.
– Wejdźmy do środka, jeszcze nie jesteś zdrów
Wracamy do ciepła domu i do ciepła swych objęć. Zostawiamy świat baśni za sobą. Niedługo znów do niego wrócimy. Do ogrodu. Jeszcze tej nocy będziemy śnić i marzyć.
A czas mija i mija nieubłaganie.”

*****
Prezent, który dostałam od mojej kochanej Haru-chan na dzień dziecka, ale nie miałam możliwości wstawić go wcześniej. Przepiękny one-shot przy którym mocno się wzruszyłam.
Dziękuję Ci, Słońce!

Challenge [1/1]

Z okazji międzynarodowego dnia przeciwko homofobii wstawiam dzisiaj coś dłuższego. Enjoy!
 
W większości szkół, na długą przerwę, uczniowie chodzą na stołówkę, aby zakupić, zrobione przez szkolne kucharki, kanapki i skonsumować je przy przeznaczonych do tego stolikach. Jednak w Konoha School uczniowie mieli nie raz o wiele ciekawsze zajęcia, zaprzątające ich głowy, niż taka błahostka jak pożywienie. Dość często, a wręcz zadziwiająco często, jak na tak prestiżową placówkę, uczniowie wychodzili na dziedziniec i przyglądali się przepychankom słownym dwóch najpopularniejszych chłopaków w całej szkole. Od niepamiętnych czasów byli oni największymi wrogami, a zarazem najlepszymi przyjaciółmi. Ta dosyć specyficzna mieszanka dostarczała, innym osobom uczęszczającym z nimi do szkoły, wiele rozrywki. Chociaż obaj wiedzieli o sobie niemal wszystko, każdy brudny sekret drugiego, nigdy nie wykorzystywali tych informacji w swojej codziennej rywalizacji. To była jedna z najważniejszych zasad ich niepisanego kodeksu. Obaj byli sportowcami i nienawidzili nieczystych zagrań, więc trzymali się tejże reguły.
Tego popołudnia, jak niemalże codziennie, chłopcy kłócili się ze sobą na dziedzińcu szkoły, otoczeni przez zgraję zainteresowanych tym uczniów.
– Co powiedziałeś, Draniu?!- krzyknął wściekły, niebieskooki blondyn.
Jego duże oczy, przyćmiewające barwą kolory nieba i oceanów, były niezwykle ekspresyjne, przez co można było z nich bez trudu odczytywać emocje targające osiemnastolatkiem.
– Głuchy jesteś, Młotku? Powiedziałem, że nigdy byś ze mną nie wygrał w meczu jeden na jednego- odparł beznamiętnie jego przeciwnik.
Był bladym brunetem o czarnych, patrzących na wszystko obojętnym wzrokiem, oczach i arystokratycznych rysach przystojnej twarzy. Z jego postawy aż biła pewność siebie.
– Wygrałbym!- wykrzyknął blondyn.- Jestem o wiele lepszym zawodnikiem niż ty, Sasuke!
– Nie wydaje mi się- odpowiedział chłodno. Po chwili na jego pełne wargi wkradł się kpiący uśmieszek.- Jeśli w rzeczywistości byłbyś lepszy, to nie ja byłbym teraz kapitanem.
– Jesteś kapitanem tylko dlatego, że Kakashi cię lubi! Gdyby nie to, to ja bym cię z łatwością wygryzł!
– Chyba śnisz, Uzumaki! Jestem lepszy i pogódź się z tym w końcu!- prychnął brunet. Jak ten blond włosy Młotek miał czelność podważyć jego reputację świetnego gracza? W końcu był Uchiha, a Uchiha są zawsze najlepsi!
– Mogę ci udowodnić, że to ja jestem lepszy!- zaproponował Naruto.- Załóżmy się. Zagramy mecz jeden na jednego i to rozstrzygnie kto tu jest mistrzem, Draniu!
– Dobrze- zgodził się.- A więc jutro po zajęciach cię zniszczę! A ten kto przegra…- podszedł do niego i wyszeptał blondynowi na ucho co będzie musiał zrobić nieszczęśliwy przegrany. Naruto gwałtownie się zarumienił, patrząc na niewzruszonego bruneta z niedowierzaniem.
– Chyba nie stchórzysz, prawda?- głos Sasuke ociekał kpiną, a sam chłopak patrzył na przyjaciela wyzywająco.
– Nie jestem tchórzem, do cholery!- krzyczał wyprowadzony z równowagi blondyn. Dyszał wściekle, patrząc na swego przeciwnika.- Jutro po zajęciach!- powiedział, patrząc wprost w te beznamiętne, czarne tęczówki. Uznał ich sprzeczkę za zakończoną na dziś w momencie kiedy rozległ się dźwięk dzwonka, obwieszczający koniec przerwy i wzywający do udania się do klas. Naruto ruszył, nadal zły, w stronę budynku szkoły, odprowadzany kpiącym spojrzeniem onyksowych oczu bruneta.
Dalsze lekcje toczyły się zwykłym, nudnym rytmem. Tego dnia chłopcy, ku uciesze wszystkich nauczycieli, nie wszczynali już więcej nowych awantur. Myśli każdego z nich skupione były na jutrzejszym pojedynku. Obaj byli zdeterminowani, aby wygrać i udowodnić wszystkim, który z nich jest najlepszy. Każdy z nich miał rzeszę fanów i fanek, którzy obstawiali zwycięstwo jednego bądź drugiego.
Chłopcy siedzieli właśnie znudzeni na ostatniej lekcji- biologii. Sasuke swoim zwyczajem siedział cicho, ignorując wszystkich i patrząc, nic niewyrażającym wzrokiem, na widok za oknem. Jego koledze z ławki Suigetsu nie przeszkadzało ciche usposobienie Uchihy.
Naruto, jak to on, nie zwracał zbytniej uwagi na wykład prowadzony przez nauczyciela. Za to zagadywał swojego przyjaciela z ławki- Kibe. Obaj rozmawiali pół szeptem i co chwila śmiali się cicho, przez co nauczyciel niejednokrotnie musiał zwracać im uwagę za niestosowne zachowanie. Cała klasa niecierpliwie czekała na upragniony dźwięk, ostatniego tego dnia dzwonka, obwieszczającego koniec lekcji. Gdy w końcu rozbrzmiał tak wyczekiwany dźwięk, wszyscy uczniowie zaczęli chaotycznie wrzucać swoje książki do plecaków i wesoło rozmawiając wychodzili z klas na korytarz.
– Ej, Naru! Chyba dokopiesz jutro naszemu, szanownemu kapitanowi, nie?- zawołał  prześmiewczo Kiba.
– No jasne! Dam mu taki wycisk, że odszczeka wszystko, to co powiedział!
– Nie wydaje mi się- wtrącił spokojnie Sasuke, patrząc na nich z góry.
– Jutro sam zobaczysz!- wykrzyknął pewny siebie blondyn, nie przejmując się, że zwracają na siebie coraz większą uwagę. Kiba tylko energicznie pokiwał głową w geście wyrażającym, że się całkowicie zgadza.
– Mhmm…- przytaknął, z kpiącym uśmieszkiem, brunet.- Jeszcze zobaczymy!
– Zetrę ci ten kpiący uśmieszek z tej twojej przystojnej twarzyczki!
– Miło, że uważasz mnie za przystojnego- szepnął mu wprost do ucha, kiedy przechodził obok blondyna.
Po plecach niebieskookiego przeszedł przyjemny dreszcz. Nie zastanawiał się jednak nad tym uczuciem, bo znał je z doświadczenia aż za dobrze. Uśmiechnął się tylko do przyjaciela i nic nie odpowiedział.
– Idziesz, Młotku?
-Emm… Tak, tak!- wykrzyknął i wyszczerzył się jeszcze szerzej, o ile to w ogóle było jeszcze możliwe. Szybko pożegnał się z Kibą i resztą klasy, po czym podążył za Uchihą w kierunku wyjścia z budynku masowych tortur (czyt. szkoły).
Była końcówka lata, więc słońce nadal mocno przygrzewało. Naruto swoim zwyczajem założył ręce za głowę i szedł przed siebie z twarzą wystawioną do słońca. Brunet obserwował go kątem oka. Obaj pogrążeni byli w milczeniu. Dla Sasuke było to jak najbardziej normalne, ale Uzumaki znany był ze swojej gadatliwości i wszyscy wiedzieli, że ten chłopak nie potrafi wysiedzieć cicho, więc takie milczenie z jego strony było niezwykle rzadkim zjawiskiem i Uchiha powoli zaczynał się zastanawiać co mu się stało.
– O czym myślisz, Młotku?- zapytał, jak zwykle bardzo uprzejmie, brunet.
– O tym jak ci jutro skopie dupsko i o twojej, pewnie przekomicznej, minie kiedy już się okaże, że to ja jestem najlepszy!- wykrzyknął entuzjastycznie chłopak, uśmiechając się.
– Akurat- prychnął.- Jedynym wygranym będę ja!- powiedział pewny swych umiejętności i uśmiechnął się kpiąco.
Blondyn strasznie nie lubił tego wyrazu twarzy u Uchihy. W takich chwilach przypominał mu rozpieszczone książątko. Chociaż Uzumaki dobrze wiedział, że on taki nie jest, to niejednokrotnie wytykał mu takie zachowanie, co zazwyczaj kończyło się cichymi dniami ze strony onyksowookiego. To może nie byłoby niczym nadzwyczajnym, gdyby nie to, że Uchiha dodatkowo unikał go. To utwierdzało blondyna w swoich przekonaniach.
– Chciałbyś, Draniu!- fuknął na niego i przyśpieszył kroku. Głupi Uchiha zawsze musiał udowadniać wszystkim, że jest lepszy od innych. pomyślał Naruto.
– Ej! No chyba się nie obraziłeś? Uzumaki, nie bądź dzieckiem!- krzyknął, za nim rozbawiony, czarnowłosy.
Blondyn nie zareagował, więc czarnooki skierował się w stronę swojego domu. Po dziesięciominutowym spacerze dotarł do siebie. Na podjeździe stał zaparkowany granatowy, sportowy samochód, co oznaczało, że jego brat skończył już swoje zajęcia i był teraz w domu. Osiemnastolatek wszedł do kuchni, gdzie zastał Itachiego gotującego jakąś, wspaniale pachnącą potrawę.
– O! Cześć brat!- zawołał starszy, jak tylko zorientował się, że jego młodszy braciszek wszedł do kuchni.
– Taaa, cześć. Jak było na uczelni?
– Wiesz, to był bardzo udany dzień- powiedział, zerkając na niego przez ramię. Sasuke właśnie usiadł przy stole, uprzednio wyjmując z lodówki puszkę coli. Pociągnął solidnego łyka z puszki i spojrzał na długowłosego bruneta, który był jego prawie identyczną kopią, tyle że starszą. Obaj mieli arystokratyczne rysy twarzy, ciemne włosy oraz oczy i byli niesamowicie pewni siebie. Obaj zawsze dostawali to czego chcieli. Młodszy Uchiha domyślał się co jest powodem tak radosnego nastroju jego anikiego.
– Czyżbyś w końcu poderwał tego, twojego wymarzonego brunecika?- uśmiechnął się domyślnie.- Jak mu tam było? Neji?
– Tak, Neji, ale to nie jest jakiś tam zwykły chłopak! On jest wyjątkowy!- oburzył się starszy Uchiha.- Poza tym, powinieneś to wiedzieć. W końcu chodzicie razem do klasy.- dodał z przekąsem.
– Ach! Więc to pewnie z twojej winy zniknął na ostatnie dwie godziny?- uśmiechnął się domyślnie.
– Ty już sobie lepiej nic nie wyobrażaj w tej swojej, czarnej łepetynie. Byliśmy tylko na obiedzie, zboczeńcu!
– Jaka szkoda- powiedział z udawanym żalem młodszy chłopak.- Jestem pewien, że mogliście lepiej spożytkować ten czas- zakpił.
– Głodnemu chleb na myśli- odszczekał się Itachi.
– Dobra, skończ już- mruknął zdenerwowany Sasuke.
– Nie spinaj się, brat!- zaśmiał się.- Czekaj, czekaj!- powiedział, unosząc palec do góry.- Czyżbyś nadal nie powiedział mu co do niego czujesz?
– Nie- burknął tylko.
– Mój biedny, sfrustrowany, młodszy braciszek- zachichotał starszy Uchiha, głaszcząc brata po głowie.
– Nie jestem sfrustrowany!- warknął na Itachiego, strącając jego rękę ze swoich włosów. Debil zepsuł mu fryzurę!
Gwałtownie wstał z krzesła i wyszedł z kuchni, odprowadzony przez donośny śmiech swojego denerwującego brata. Zazgrzytał zębami, wchodząc do swojego pokoju. Rzucił się na swoje duże, dwuosobowe łóżko i zakładając słuchawki na uszy, odpłynął do swojego świata muzyki. Nim się zorientował, zapadł w spokojny sen.

Irytujący dźwięk budzika wdarł się do jego cudownego snu, gdzie on i jego przyjaciel byli sami, szczęśliwi i tacy beztroscy. Nie musieli się przejmować szkołą, ocenami, nauką. Niczym nie musieli się przejmować. Ale jak to zawsze w życiu bywało, kiedy już zaczynało robić się coraz przyjemniej, musiał zadzwonić ten cholerny budzik i jebnąć jego fantazją o brutalną rzeczywistość. Zawsze miał takie szczęście. Jednak na myśl, że dzisiaj znowu będzie mógł go zobaczyć i jeszcze się z nim zmierzyć, uśmiechnął się szeroko. Szybko zabrał swoje czyste rzeczy ze sobą do łazienki i wziął gorący prysznic. Umył się, ubrał i zbiegł po schodach na dół wpadając do kuchni. Porwał kanapkę z talerza swojej rudowłosej rodzicielki i ukradł jej również kubek z pyszną, parującą jeszcze kawą.
– Naruto!- warknęła Kushina na swojego niereformowalnego syna. Zawsze, ale to zawsze ten mały rozrabiaka zabierał jej ukochaną kawusię.
– No co? Przecież wiesz, że się śpieszę do szkoły- wyszczerzył się do niej wrednie.
Jak widać przez te osiemnaście lat swojego życia nadal nie nauczył się, że nie powinien denerwować kobiet przed ich pierwszą, poranną kawą. Rudowłosa tylko warknęła pod nosem i wstała od stołu, aby zaparzyć sobie nowy aromatyczny napój o właściwościach pobudzających. Uzumaki szybko w biegu dokończył jeść kanapkę, dopił kawę i naczynia wstawił do zmywarki.
– Pa, mamo!- krzyknął, dając jej szybkiego całusa w policzek. Zabrał swój plecak, nałożył swoje ulubione pomarańczowe trampki i w pośpiechu wybiegł z domu, kierując się w  stronę szkoły.
Całą drogę myślał jak cudownie będzie w końcu pokonać Sasuke. Przecież ten brunet był tak pewny siebie i zadufany w sobie, że to było aż niezdrowe. Utarcie mu nosa mogłoby trochę przytemperować  jego przekonanie o własnej wyższości. Chociaż i tak nie liczył na jakieś duże efekty co do tego. W końcu każdy z klanu Uchicha był z natury zarozumiały, więc nie było w tym nic aż tak dziwnego, dla kogoś kto znał Sasuke, praktycznie rzecz biorąc, od zawsze. Większość ludzi już i tak była do tego przyzwyczajona.
Mniej więcej w połowie drogi do szkoły przejechał obok niego czarny, sportowy samochód, który zatrzymał się kawałek przed nim. Naruto spokojnym krokiem szedł dalej przed siebie, pogrążony we własnych myślach i nie zwracał uwagi na otoczenie. Z zadumy wyrwał go dopiero głośny dźwięk klaksonu samochodowego. Przestraszony podskoczył w miejscu i obejrzał się za siebie w stronę skąd dochodził ten przeraźliwy hałas. Ujrzał doskonale znany mu pojazd, więc cofnął się i wsiadł po stronie pasażera.
– Draniu! Chcesz żebym padł na zawał?!- wykrzyknął blondyn, kiedy tylko usiadł w fotelu i zapiął pasy. Sasuke ruszył z miejsca nawet na niego nie patrząc. I bez tego doskonale wiedział jak wygląda jego blondwłosy przyjaciel.
– Nie marudź, Śpiąca Królewno- powiedział złośliwie chłopak. Droczenie się z tym małym Młotkiem weszło mu już w krew i było nieodłączną częścią codzienności ich obojga.
Blondyn, słysząc jak został nazwany przez swojego towarzysza, zaczerwienił się mocno i warknął pod nosem, jednak nie skomentował tego, jakże uroczego, przezwiska. Był już przyzwyczajony, że Uchicha zawsze robi sobie z niego głupie żarty. Doskonale zdawał sobie też sprawę, że jest to dowód na to, że brunet czuje się w jego towarzystwie zupełnie swobodnie, chociaż ten nigdy nie powiedział mu tego prosto w oczy. Jednak oni rozumieli się również bez żadnych słów, więc Uzumaki był przekonany, że tak właśnie jest i tego zamierzał się trzymać.
Dalszą drogę do szkoły chłopcy spędzili pogrążeni we własnych myślach i nie zamienili ze sobą już ani jednego słowa podczas jazdy. Każdy z nich zaabsorbowany był dzisiejszą, zbliżającą się rozgrywką. Obaj już nie mogli się doczekać pojedynku. Chęć wygrania w jednym i drugim urosła do niebotycznych rozmiarów na dalszy plan spychając szkołę oraz inne ważne sprawy jakie mieli do załatwienia.
Chłopaki kompletnie znudzeni siedzieli na lekcjach, ignorując zaczepki Kiby i Neji’ego. Obaj byli bardzo skupieni, a adrenalina krążyła w ich żyłach na samą myśl o zakładzie. Niestety, jak na złość, lekcje dłużyły im się niemiłosiernie. Doprowadzało ich to już powoli do szaleństwa, jednak nie dawali tego po sobie poznać. Obaj sprawiali wrażenie wyluzowanych i nieprzejętych, a tak naprawdę wewnętrznie wibrowała w nich czysta ekscytacja, przez co obaj ledwo co siedzieli spokojnie na lekcjach.
Kiedy w końcu zadzwonił ich upragniony dzwonek kończący dzisiejsze zajęcia, wszyscy zerwali się ze swoich miejsc i czym prędzej spakowali się. Sasuke i Naruto jako pierwsi wyszli z sali i skierowali się w stronę szatni. Wszystkich dziwiło to, że się do siebie nie odzywali. Nie próbowali się kłócić ani też przedrzeźniać. Wydawało się to tak odstawać od ich normy, że nawet nauczyciele byli w lekkim szoku.<
Hala, na której miał się odbyć ich pojedynek, była przestronna. Mieściło się w niej boisko do piłki nożnej, siatkówki oraz koszykówki i unihokeja. Na trybunach zgromadziła się duża część uczniów Konoha School. Były też nieliczne osoby z innych szkół, które znały obu chłopaków i dopingowały ich.
Gdy przebrani zawodnicy pojawili się na boisku, cała hala rozbrzmiała brawami i okrzykami. Oni jak gdyby tego nie zauważając, zaczęli się rozgrzewać. Dziesięć minut później, kiedy obaj byli już porządnie rozgrzani, na halę wszedł dobrze wszystkim znany Hatake Kakashi, który jako ich trener, zgodził się sędziować w tym starciu.
Chłopaki chwycili kije w ręce i stanęli naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem. Uścisnęli sobie ręce i przyłożyli kije po obu stronach piłki. Na dźwięk gwizdka rozpoczęła się walka o piłeczkę, którą wygrał Naruto. Blondyn jak torpeda pognał w kierunku bramki bruneta, ale ten okazał się być szybszy i dogonił go, blokując jednocześnie jego strzał. Teraz to Uchicha biegł, w celu strzelenia pierwszej bramki w tym sparingu. Walka była niezwykle wyrównana i do końca pierwszej połowy na tablicy wyników był remis. Obaj byli jednak zdeterminowani i jedynym czego pragnęli była wygrana. Po przerwie zdyszani i zmęczeni już nieco, stanęli znów po środku boiska i tym razem walkę o piłkę wygrał Sasuke. Gra była zacięta, ponieważ żaden z nich nie odpuszczał nawet na moment. Zażarcie rywalizowali o każdą akcję, o każdy punkt. Gdy zostało jedynie niespełna dwie minuty do końca meczu Sasuke miał przewagę jednego punktu. Blondyn postanowił zaryzykować i ‚wykradł’ piłkę brunetowi robiąc gwałtowny skręt, aby pognać w przeciwną stronę. Niestety przy obrocie zahaczył nogą o kij przyjaciela i w dość efektowny sposób przewrócił się. W ostatnim momencie udało mu się podeprzeć rękami, chroniąc w ten sposób swoją twarz przed niechybnym zderzeniem z parkietem. Uzumaki poczuł silny, pulsujący ból w swojej lewej kostce, przez co jęknął głośno. Złapał się za bolące miejsce i skulił się, leżąc na posadzce. Brunet natychmiast podbiegł do przyjaciela, uprzednio wyrzucając kij za siebie.
– Naruto! Naruto, co cię boli?- spytał lekko wystraszony. Zazwyczaj blondyn udawał, że wszystko jest w porządku, nawet jeśli usilnie powstrzymywał łzy. Teraz one płynęły po jego śniadych policzkach, a ten nawet nie próbował ich hamować. To musiało być coś poważnego i dlatego Uchicha wystraszył się.
– Kostka! Ach, jak boli…- jęknął płaczliwie chłopak.
– Naru, spokojnie. Zaprowadzę cię do pielęgniarki- powiedział łapiąc go za ramię i pomagając mu wstać.
Podbiegł do nich zaniepokojony Kakashi, ale Sasuke szybko wytłumaczył mu co dolega blondynowi i razem wyszli z hali, podpierając Uzumakiego. Brunet stwierdził, że dalej da sobie radę sam i Hatake wrócił na halę, uspokoić znajdującą się tam młodzież.
Obaj powoli udali się w stronę gabinetu pielęgniarki. Naruto nieporadnie skakał na jednej nodze, całym ciężarem opierając się na swoim przyjacielu. Nagle poczuł, że Uchicha przystanął. Spojrzał na niego zdezorientowany, a po chwili pisnął z zaskoczenia, kiedy chłopak tak po prostu wziął go na ręce, jak pannę młodą. Szybko zarzucił mu ręce na szyję, nie chcąc zaliczyć spotkania pierwszego stopnia z twardą podłogą i tak szli do gabinetu pielęgniarki. Naruto bezkarnie wtulał głowę pod brodę bruneta i wdychał jego intensywny zapach potu, drogich perfum i tego czegoś co posiadał tylko on jeden, a co wywoływało gęsią skórkę na skórze blondyna i wprawiało jego ciało w lekkie drżenie. Mógłby się uzależnić od tej niepowtarzalnej woni.
Sasuke zdawał się być nieobecny i chociaż uważał na drogę, aby nie upuścić przyjaciela, to błądził myślami gdzieś daleko. Czyżby aż tak przejął się wypadkiem blondyna? Równie dobrze mógł odczuwać wyrzuty sumienia, bo to przecież o jego kij potknął się chłopak i dlatego czuł się w obowiązku pomóc mu. Mogła też to być zwykła troska wynikająca z przyjaźni i tej dziwnej, nieokreślonej więzi jaka wytworzyła się między nimi przez ostatnie kilka miesięcy. Nie wiedział co kierowało onyksowookim i w tamtym momencie nawet wolał tego nie roztrząsać, bojąc się do jakich wniosków mógłby jeszcze dojść. Nie mógł pozwolić nadziei na zawładnięcie jego życiem. To by go doszczętnie zniszczyło.
Naruto zdawał sobie sprawę z tego, że mógłby powiedzieć czarnowłosemu o swoich uczuciach, ale co jeśli ten by go tylko wyśmiał? Bez względu na to jak bardzo ostatnio nasiliła się między nimi łącząca ich więź, Uzumaki po prostu nie miał wystarczająco odwagi, aby mu wyznać wszystko co kryję się w jego uśmiechach i ukradkowych spojrzeniach rzucanych w jego stronę. Wizja tego, że mógłby go stracić była zbyt przerażająca. Dla blondyna bolesna była świadomość, że nie potrafiłby żyć normalnie bez Uchichy przy swoim boku. Nawet jeżeli do końca życia musiałby pozostać jego przyjacielem i patrzeć jak Sasuke żeni się, zakłada rodzinę i wychowuje dzieci. Wiedział, że gdyby tak się faktycznie stało, to do końca życia żałowałby zmarnowanej szansy. Ale jak miał mu powiedzieć skoro jego uczucia względem onyksowookiego nie zmieniały faktu, że obaj byli młodymi mężczyznami. A Sasuke przecież nie był gejem. Jak, do jasnej cholery, miałby mu spojrzeć w oczy i tak po prostu powiedzieć, że zakochał się w nim bez reszty i tak naprawdę nie wyobraża sobie życia bez niego? Wydawało mu się to niewykonalne.
– Cholera! Akurat teraz?!- wzburzony głos czarnowłosego wyrwał blondyna z letargu. Spojrzał na niego, nie rozumiejąc o co mu może chodzić.
– Co?- zapytał głupio.
– Spójrz sobie na drzwi i zobacz!- warknął wzburzony chłopak. No tak, nawet w takich chwilach jak ta, Sasuke był chamskim i aroganckim dupkiem. Blondyn był już do tego przyzwyczajony, więc nic sobie nie robiąc z niemiłego tonu kolegi, zerknął na drzwi pokoju pielęgniarki. Wisiała na nich dosyć spora kartka z wypisanym na niej, wściekle czerwonym flamastrem, zdaniem: PRZERWA OBIADOWA, WRÓCĘ ZA CHWILĘ.
Naruto tylko westchnął ciężko. Zawsze, ale to zawsze tylko jemu przytrafiały się takie akcje. Do tego już również zdążył się przyzwyczaić.
Zdenerwowany Uchicha zaczął niecierpliwie chodzić w tą i z powrotem. Uzumakiego zaczęło to już powoli denerwować. Jakby nie patrzeć to nadal był trzymany przez Sasu na rękach, nie żeby mu to przeszkadzało, ale zaczynało już mu się delikatnie kręcić w głowie. Czuł nieznośnie pulsowanie kostki, a do tego dołączył jeszcze ból i zawroty głowy. Miał już tego serdecznie dość.
– Możesz w końcu przestać?- westchnął zirytowany blondyn.
– O co ci chodzi, Młotku?
– Chodzisz w tą i z powrotem, a mnie już od tego wszystkiego głowa boli. Może najpierw byś mnie, nie wiem, posadził gdzieś, a dopiero potem kręcił się w kółko?
Sasuke tylko cicho prychnął pod nosem, ale odstawił przyjaciela na ziemię i pomógł mu usiąść na ławce. Był strasznie zdenerwowany wypadkiem blondyna, ale co mu się dziwić, skoro był bardzo przywiązany do tego roztrzepanego chłopaka. Naprawdę nigdy nie mógł zrozumieć jak jedna, niepozorna osoba może aż tak bardzo przyciągać do siebie pecha. To było nie do pojęcia. Westchnął tylko ciężko pod nosem i usiadł koło zestresowanego Naruto.
– Jak kostka?- zapytał niby obojętnym tonem Uchicha, ale w środku aż go skręcało z ciekawości i niepewności. Zawsze się martwił o tego małego Młotka, bo przecież on sam nigdy nie potrafił o siebie zadbać wystarczająco dobrze.
– Nadal strasznie boli- mruknął cicho. Zawsze miał wyjątkowo niski próg bólu i zawsze to właśnie on miał ‚szczęście’, że przytrafiały mu się takie dziwne wypadki.
Uchicha zmarszczył gniewnie brwi. Wyglądał jakby nad czymś usilnie myślał. Po krótkiej chwili wstał z miejsca i ruszył w stronę, z której przyszli. Zaskoczony Naruto szybko złapał go za rękę zanim ten jeszcze zdążył odejść.
– Nie zostawiaj mnie tu samego- mruknął. Nie chciał, żeby Sasuke sobie gdzieś teraz poszedł i zostawiał go.
– Naruto, puść! Zaraz wrócę. Pójdę tylko po tę starą jędzę. Kurwa, powinna tu być, a nie kazać ci czekać!- warknął.
Blondyn spojrzał na przyjaciela z niedowierzaniem i zaskoczeniem. Od kiedy to wielki, wspaniały Pan Uchicha zawracał sobie głowę jego stanem zdrowia? A do tego reagował teraz tak emocjonalnie. To było dla Naruto niepojęte.
– Przestań, bo to wygląda tak jakbyś się o mnie martwił, a to przerażające i zupełnie do ciebie niepodobne- powiedział oszołomiony niebieskooki.
– A co jeśli ja naprawdę się o ciebie martwię, Młocie?- zapytał poważnie czarnooki.- Przecież mogło ci się stać coś poważnego!
– Dlaczego tak nagle zaczęło cię to interesować? Zawsze miałeś gdzieś czy wszystko ze mną okej, czy nie!- wykrzyknął Uzumaki. Musiał mu to w końcu wyjaśnić. Noe było innego wyjścia.
– Ech, Młotku- westchnął i usiadł obok chłopaka.- Zawsze mnie to interesowało, ale wiesz, że nie jestem zbyt dobry w okazywaniu uczuć.
– Nie jesteś w tym zbyt dobry? Jesteś jak wielka góra lodowa! A ja zawsze myślałem, że jest ci obojętne to czy w ogóle żyję! A czasami miałem wrażenie, że wolałbyś mnie nigdy nie spotkać! Wiesz ja się z tym czułem, ty podły dupku?
– Naru, dobrze wiesz, że jesteś dla mnie najważniejszy. Jesteś moim najlepszym przyjacielem i zawsze będę się tobą przejmował. Czy to już rozwiało wszystkie twoje wątpliwości?- Uchicha zapytał z łobuzerskim uśmiechem na ustach.
– Tak, myślę, że już wszystko jasne Draniu- zaśmiał się perliście blondyn.
Uchicha odwzajemnił jego uśmiech i objął go ramieniem. Kiedy pielęgniarka w końcu przyszła, okazało się, że blondyna ma poważnie uszkodzoną kostkę i będzie musiał udać się do szpitala. Sasuke był z nim w szpitalu i w każdej innej, trudnej lub szczęśliwej, chwili. Od tamtego czasu byli nierozłączni, a ich relacja przetrwała do samego końca.
I chociaż te dwa najważniejsze słowa nigdy nie zostały wypowiedziane, obaj doskonale zdawali sobie sprawę z tego co tak naprawdę do siebie czują. A ta wiedza wystarczyła im, aby żyć w pełni szczęścia- razem- już zawsze.

Bezsenność

Jest to cudowny prezent od mojej kochanej Haru-chan! Jej pisarski debiut *,* Enjoy!

Tik, tak
Tik, tak
Tik, tak nigdy wspak i jak mały rak wciąż do góry, up, up, up!
Tik, tak
Tik, tak
Tik, tak kurwa jego mać, spać, spać, spać!
Cholerna bezsenność, no tak się nie robi! Ja spać nie będę, to nikt spać nie będzie! Ale kiedy nagle uświadamiam sobie, że obudzenie Daikiego w środku nocy i wyrwanie go z jego obślizgłych snów o miseczkach F i więcej, nie jest takim dobrym pomysłem, bo to grozi śmiercią na miejscu, plan odchodzi w zapomnienie. Dlaczego obślizgłe zapytacie, to proste. Odpowiem, że się ślini przez sen i mruczy coś niezrozumiale! Tyle dobrego, że nie chrapie bo musiałbym go za okno wystawić, a jak się domyślacie upadek z drugiego piętra mojego kochanego domku na przedmieściach, nie byłby niczym miłym. Jeszcze by sąsiadów pobudził, a ci upierdliwcy wezwaliby psiarnie, więc o jakimkolwiek spaniu nie byłoby już żadnej mowy.
Tak więc męczę się już czas dłuższy z zaśnięciem, gdzie należy dodać że dochodzi już trzecia nad ranem. Szczęście w nieszczęściu, jutro mam wolne i w razie „w”* mogę poleżeć w łóżku dłużej, bo jak znam życie dłużej niż do 9 nie pośpię. Tak, cholerna bezsenność! Moja jakże upierdliwa dolegliwość ma swój wcale nie tak odległy początek jakoś pod koniec września, a że mamy już prawię koniec marca sami możecie się domyśleć, że ciągnę na ostatkach zasobów energii, dla organizmu. Moimi worami pod oczami przejęło się nawet byłe Kiseki No Sedai. Próbowali pod nadzorem Akashicchi-ego oczywiście (bo jakże by inaczej) wszelkich sposobów abym mógł znów zacząć normalnie przesypiać noce. Było już wszystko, od tabletek nasennych, po śpiewanie kołysanek, (o dziwo to Kurokocchi śpiewał O.o i dawał radę) i spanie z zapalonym światłem. Nic nie pomagało. Nic! I tak jakoś wyszło, że ktoś rzucił hasłem, że może jak ktoś u mnie pomieszka i nie będę sam w domu to jakoś pójdzie i w końcu zasnę snem sprawiedliwym. Jak trafnie podejrzewacie padło na kogo??? Bingo!!! Na Aominecchi-ego. Oj, nie był on szczęśliwy wiedząc, że nie będzie mógł sprowadzać do mnie żadnych lafirynd, a każdą noc ma spędzić u mnie, inaczej pieszczotliwie nazywana przez niego ‘’Czerwona Gnida’’ go zajebie. Już pierwszej nocy wylądował u mnie w łóżku. Uprzedzę was, NIE jako obiekt seksualny, tylko stwierdził, że nie będzie lazł przez cały korytarz do pokoju gościnnego skoro mój jest naprzeciwko schodów. I tak od trochę ponad 2 tygodni śpimy razem, czasem nawet jeden do drugiego podczas snu się przytuli, w celu poczucia ciepła drugiego ciała, ale nic innego. Zegarek właśnie pokazał 3:01. normalnie zajebiście. Westchnąłem głośno, mając w głębokim poważaniu Aominecchi-ego, przewróciłem się twarzą w jego stronę, podparłem na ręce i zacząłem go nieubłaganie szturchać. Obudzić go to nie lada wyczyn, a to co się przy tym zmarałem to moje.* Nic nie dawało rady. Szeptałem, klepałem (delikatnie w ramie wy zboczeńcy), nuciłem i gwizdałem nad jego uchem, a ten dalej nic. Raz kozie śmierć (powiedział baran zrzucając ją z klifu), albo się uda, albo dalej będę się męczył sam. Podciągnąłem się na rękach i delikatnie usiadłem mu na biodrach, a że leżał na plecach nie było to nic trudnego. A kiedy już się usadowiłem wygodnie, doszedłem do wniosku, że mógłbym tak częściej przesiadywać.Aominecchi był zaskakująco miękki jak na kogoś o takich mięśniach. Też bym czasem chciał wyglądać bardziej męsko, ale no cóż, nie można mieć wszystkiego. Przypomniawszy sobie po co się w tym miejscu znalazłem, nagle poczułem kawałek za moimi pośladkami coś twardniejącego. Spaliłem dorodnego buraka uświadamiając sobie, że coś tak błahego zaczęło i na mnie działać. Postanowiłem się po cichu wycofać, zanim coś się pokomplikuję. Uniosłem się lekko i tu był mój błąd bo najwidoczniej zrobiłem to zbyt gwałtownie. W ułamku sekundy już leżałem pod Daikim, a właściwie z nim między moimi szeroko rozstawionymi udami, na jednym z ręką mulata, z jego twarzą ukrytą w zagłębieniu mojej szyi i z rękami przygwożdżonymi do materaca silną ręką wyżej wymienionego. Mój i tak już dorodny rumieniec pogłębił się jeszcze bardziej, a gdy poczułem, że ręka na moim udzie porusza się po nim w dół i w górę, szarpnąłem się mocno a jednak wciąż za lekko bo nie udało mi się wyrwać i stęknąłem z zażenowania tym jak cała sytuacja na mnie działa. Poczułem wydychane powietrze na mojej szyi przez co zadrżałem nieznacznie i w tedy usłyszałem jak cicho i spokojnie zarazem mówi do mnie mój napastnik.
– Zastanawiałem się ile wytrzymasz Kise – i skubnął moją szyję swoimi zębami. Znów się szarpnąłem, bezskutecznie.- Jak długo będę czekał, zanim przyjdzie ten moment, kiedy sam zaczniesz się łasić- tym razem ucałował moją szyję w miejscu wcześniejszego ugryzienia. A do mnie dotarło, że Daiki wcale nie spał, mimo iż zachowywał się tak jak zawszę łącznie z delikatnym ślinieniem, on tylko udawał i czekał, aż dam się złapać.
– Aominecchi – zacząłem, chcąc się wytłumaczyć, ale ucichłem raptownie kiedy doszło do mnie, że jęknąłem cicho, bo kiedy ja zacząłem on przygryzł płatek mojego ucha.
Usłyszałem cichy chichot, a zaraz potem moja szyja została zbombardowana ogromem całusów na niej składanych. W głowie mi zawirowało, aż musiałem zamknąć oczy na chwilę aby nie stracić nad sobą panowania. O tę jedną krótką chwilę za długo. Wszystkie odczucia uderzyły we mnie w jednej sekundzie. Jęknąłem przeciągle, nieświadomie wyginając się w łuk. Kiedy poczułem, że mój twardy już członek otarł się o jego ciemniejszy odpowiednik, westchnąłem głęboko. Do mojego ucha dotarło ciche syknięcie, uchyliłem delikatnie moje złote oczy by zobaczyć, coś czego nie da się objąć rozumem i słowami. Nade mną pochylał się Aominecchi i swoim roziskrzonym wzrokiem, dosłownie pożerał całe moje ciało. Świat stanął w miejscu, kiedy nasze tak różne na co dzień tęczówki, a w tej chwili jednak tak podobne spotkały się ze sobą. Ciemnoskóry pochylił się nade mną i niemal z namaszczeniem ucałował obie moje skronie a później czubek mojego nosa, zachichotałem jak jakaś zakochana nastolatka i uśmiechnąłem się do niego czule. Okrył mnie swoim ciałem i powoli, straszliwie powoli chciał sięgnąć moich ust, kiedy nagle z nich wypłynął tak przeraźliwy krzyk jakby co najmniej żywcem mnie ze skóry obdzierali. Daiki podskoczył gwałtownie i spadł na ziemię wydając przy tym jakże radosne ‘’ łup’’. Wychylił się nad krawędź łóżka kiedy tylko przestał bluzgać na wszystko i wszystkich (głównie na mnie)
– Oi Kise, co ty odpierdalasz ?
Przerażony ja zasłaniając się kołdrą i błagając wszystkich Bogów, abym zniknął z powierzchni ziemi, nie odpowiedziałem. Nie potrafiłem. Podniosłem więc jedną rękę i palcem wskazującym pokazałem na okolice drzwi do mojej sypiali. Wzrok tego bardziej poszkodowanego i lekko podkurwionego podążył na miejsce i on sam krzyknął, a za chwilę już trzymał się za klatkę w miejscu, gdzie było serce. Zawał drodzy państwo. Zgon.
– Tetsu, co Ty tu kurwa robisz!– ryknął z oskarżycielskim tonem oraz nutką wyrzutu, że przerwano mu tak przyjemną czynność.
– Stoję, Aomine-kun. Stoję i patrzę bo jak do was mówiłem to mnie nie słuchaliście. Jak widać podziałało.
Kurkokocchi jak zwykle nie okazywał, żadnych emocji na swojej twarzy. Stał niewzruszenie, a ja wtedy dostrzegłem za nim w korytarzu cień kogoś przynajmniej o głowę wyższego.
– O tej kurwa porze!?
Tak, tą wypowiedzią przypomniałem sobie o moim współlokatorze, dziwne ułamek sekundy a on już mi z głowy wyleciał. Widać tak miało być.
– Nie gorączkuj się tak Ahomine- zza Kuroko wyłonił się Kagami. Yhyyyy więc to on musiał stać i ukrywać się w cieniu, niższego mężczyzny. Ach ta moja spostrzegawczość, ma się ten talent.
– Widzisz Tetsu, Kise nic nie grozi, powiedziałbym nawet, że jest mu zaskakująco a raczej było zaskakująco dobrze, nie Kise?
Ojć temat zszedł na mnie. A ja, jak to ja pokryłem się jakże uroczym rumieńcem i zagarnąłem jeszcze więcej kołdry, aby zniknąć, chociaż z oczu, bo nie wszystkim to przychodzi tak łatwo. W międzyczasie odkryłem, że moja erekcja znacznie w tym całym zajściu ucierpiała, ehhh no trudno.
– Jego w to nie mieszaj Bakagami i co wy tu robicie w środku nocy na dodatek!
Ach mój rycerz w spodniach od pidżamy. Ratuj swoją księżniczkę!
– Nie drzyj się tak idioto, bo sąsiadów pobudzisz! – syknął Kagamicchi i najwyraźniej chciał coś jeszcze dodać, ale skutecznie utrudnił mu to nasz kochany Cień.
– Obaj się zamknijcie
– Ale…-wyrwało się owej dwójce.
Szturchnąłem Aomine stopą aby raczył się uciszyć i to pomogło, ale Kagami nie miał już tyle szczęścia. Jego uciszył Kurokocchi swoim słynnym ciosem podżebrowym i teraz biedny zwijał się z bólu. Oswoić kota, to jedno, ale oswoić Tygrysa to drugie, niemniej jednak, jak widać na załączonym wyżej obrazku (wyobraź to sobie), kurdupel nie miał z tym większych problemów.
– Martwiłem się- powiedział Tetsuya a widząc moją najprawdopodobniej w chuj inteligentną minę, postanowił wytłumaczyć wszystko od początku.- Nie odpisałeś na sms-a – w tej chwili rzuciłem się szukać mojego telefonu, a mój rozmówca cierpliwie czekał, aż zaznajomię się z zaistniałą sytuacją. Po chwili już wertowałem wiadomości i faktycznie, miałem kilka nieodebranych, w tym też połączeń. Wszystkie od ‘’Duszka’’. Musiałem już wtedy pochłonąć się moją twórczością o raku i nie usłyszałem wibracji, włączonych po to by nie obudzić leniwca, zalegającego w moim łóżku. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, jedno połączenie sam wykonałem, do ostatniego kontaktu z jakim miałem styczność. Widać musiałem ugnieść jakoś komórkę, gdy nasze zabawy z Aomine się zaczęły, ły, ły….
– Eeeeeee!!!!!!!! Kurokocchi kiedy ja, ja, j…- zwiesiłem głowę, załamany własną głupotą.
– Oi Kise co się stało?- zapytał Aominecchi podnosząc się w końcu z podłogi i przytulił mnie od tyłu, a ja straciwszy wiarę w ludzi odwróciłem się i przylgnąłem do niego niczym dziecko, któremu ktoś powiedział, że święty mikołaj nie istnieje, po czym ryknąłem płaczem.
– Aominecchi no baka! To wszystko przez Ciebie!
– Haaaa! ale ja nic nie zrobiłem!
– Jak to nie! Gdybyś nie zaczął mnie obmacywać to może by do tego nie doszło, że biedni Kurokicchi i Kagamicchi zerwali się w środku nocy z łóżka, żeby sprawdzić czy nic mi się nie stało. Aaaaa głupi telefon!
– Ciiiii Kise, no już spokojnie, przecież nic się nie stało
– No właśnie, mieszkamy rzut beretem, lepiej zareagować niż nic nie zrobić- dodał Kagami.
– Kocham was chłopaki – chlipnąłem niezwykle szczęśliwy, że mam takich genialnych przyjaciół. – Chodź Aominecchi odprowadzimy, chłopaków… ale jak tu weszliście?
– Etooooooo
– I czemu ten idiota się rumieni? Ha!?
– Bez nerwów Aomine-kun, Taiga jest strażakiem więc, wykorzystał fakt że Kise-kun zawsze zostawia uchylone okno w kuchni, więc je otworzył i weszliśmy, jednak proponowałbym sprawdzenie zawiasów.
– W porządku chłopaki i tak jestem wdzięczny, Aominecchi też, prawda Aominecchi?!
– Tak tak jestem, ale poszlibyście już co?
– Aominecchi!!! Tak nie można….
I guzik zapomniałem co chciałem powiedzieć, pomogły mi w tym usta Daikiego, które nagle przykryły moje.
– Panowie, wypad- zarządził Daiki.- Zamierzam kogoś z bezsenności wyleczyć a…
– Wiemy przeszkadzamy. Kagami-kun zbieramy się – po czym wycofał się.
– Oi Tetsu! Zapomniałeś czegoś!
– Czego niby?! – dobiegło z dołu
– Mierzy coś koło 2m wzrostu, ma czerwone włosy, podwójne brwi i rumieni się teraz jak burak!
– Kogo nazywasz burakiem Ahomine!?- oburzył się Taiga.
– Ciebie Bakagami- o dziwo powiedział spokojnie a nawet z rozbawieniem Aomine.
– Kagami chodź już, bo chcę jeszcze coś zrobić – oznajmił Testu pojawiając się znikąd
– Ale jest już późno i chcę spać Ty mały diable.
– Och spokojnie, spodoba Ci się „TO”.
– Aaaaaa tooooooo! Na razie chłopaki! A! DAIKI! NAOLIW GO DOBRZE, BĘDZIE MNIEJSZE TARCIE I WIĘCEJ DOBREGO! – dobiegło nas jeszcze z dołu nim dało się usłyszeć dźwięk zamykanych drzwi wejściowych.
– No co za idiota on naprawdę myśli, że tego nie wiem- załamał się Aominecchi i ukrył swoją zaróżowioną twarz w zagłębieniu mojej szyi i nakrywając mnie własnym ciałem zmusił do położenia się i objęcia go w pasie. Poczułem na sobie przyjemny ciężar i pomyślałem, że gdybym mógł to już zawsze chciałbym tak leżeć.
Z sielskiego stanu otępienia wyrwało mnie smyranie po szyi. Od razu się domyślałem, że to Aominecchiemu się zaczęło nudzić, ale było mi tak przyjemnie w moim nagłym rozleniwieniu, że jedyne na co się mogłem zdobyć to ciche pomruki na jego poczynania.
– Podoba Ci się? – cicho szeptem podrażnił moje ucho i delikatnie pociągnął za kolczyk w nim tkwiący, na co mogłem zareagować jedynie kolejnym mruknięciem i mocniejszym przytuleniem się do niego.
– Sprawię że będzie jeszcze lepiej – całus w skroń – Pozwolisz mi na to Ryouta?
– Yhyyyy, na wszystko…
Nasze usta spotkały się w nieśmiałym buziaku. Delikatnie muskaliśmy się nimi. Dolna i górna warga i znów zmiana. Powoli, nieśpiesznie czas istniał tylko dla nas i to my go tworzyliśmy. Wciąż i znów na nowo. Język mulata okrążył moje wargi by po chwili delikatnie i jakby na próbę wysunąć go do ich wnętrza, pozwoliłem mu na to, by samemu zaraz wyjść mu na przeciw. Gorąco i wilgoć jakie poczułem, rozeszło się po mnie niczym tsunami, jęknąłem głośno, wypchnąłem gwałtownie biodra do góry. Mój już pobudzony przyjaciel przez ten gwałtowny ruch napotkał twarde podbrzusze partnera. Zajęczałem głośno i zarzuciłem Daikiemu ręce na kark pogłębiając pocałunek chcąc stłumić moje jęki. Zapobiegawczo moje biodra zostały przyciśnięte przez dłonie kochanka, które nakazywały im spoczywać bez ruchu. Na przekór im postanowiłem nimi zakręcić kilka razy. Aomine oderwał się ode mnie i mocno ugryzł w ramię zostawiając na nim ślad zębów.
– Zły Kise – powiedział i zaśmiał się złowrogo.- Za każdą taką akcje zostawię na Tobie ślad do kogo należysz. To było na początek- ucałował miejsce z odbitą przez niego szczęką- Rozumiemy się ?
– Tak.
– Cieszę się.
Jego usta schodziły coraz niżej, przez obojczyk jeden potem drugi do sterczących skutków. Jednego zaczął obrabiać ręką, drugiego językiem. Jęczałem głośniej z każdą chwilą, ale kiedy oderwał się od wilgotnego różowego punkciku i chuchnął nań, nie potrafiłem powstrzymać ani krzyku ani ruchu bioder.
– Oi co Ci mówiłem?
Na moją odpowiedź musiał niestety zaczekać bo przestałem kontaktować, z czego nawiasem mówiąc był bardzo dumny. Gdy już odzyskałem mowę:
– Za nieposłuszeństwo mnie naznaczysz – wydukałem czerwony jak piwonia i odwróciłem twarz chcąc ją zasłonić rękoma. Te niestety zostały zatrzymane i przyciśnięte do materaca.
– Nie chowaj się przede mną, pozwól mi Cię podziwiać, mój mały.
– Nie jestem mały – na co Aominecchi spojrzał w dół na mojego w pełni pobudzonego członka tworzącego namiot pokaźnych rozmiarów w moich spodniach od pidżamy.
– No do małych na pewno nie należysz mój słodki- i ucałował mnie głęboko, tylko po to aby zaraz przyssać się w miejsce tuż nad sercem w celu zostawieniu tam pierwszej malinki, ale na pewno nie ostatniej. Sapnąłem i w przypływie nagłej siły w rękach wyszarpałem się z uchwytu mojego oprawcy, tylko po to by wpleść je w jego miękkie włosy i przyciągnąć go do siebie tak jakbym chciał aby nasze ciała zlały się w jedno. Aominecchi uszczypnął mnie mocno w sutka, ale widać na takie akcje mogłem sobie pozwolić, bo mnie nie „ukarał”. Za to swoimi ustami zszedł na mój brzuszek i zaczął go obcałowywać i delikatnie przygryzać. Zanurzał swój język w moim pępku i zaznaczał swoją ścieżkę co raz niżej i troszkę bardziej na prawo. Zmierzał do kości biodrowej, by i tam mnie popodgryzać. W między czasie położył swoją ciepłą i szorstką dłoń na moim penisie. Jęknąłem głośno tracąc nad sobą prawie całą kontrolę i niemalże dochodząc. Ręka delikatnie poruszała się bo całej jego długości sprawiając mi przyjemność, której już dawno nie czułem. Opuściły mnie wszystkie siły, moje dłonie dotychczas wciąż pieszczące kosmyki Daikiego, wysunęły się z nich, opadły i mocno zacisnęły na pościeli, starałem się jeszcze kontrolować, jak się okazało całkiem daremnie. Uchyliłem moje zamknięte powieki i zobaczyłem granatowe oczy wpatrzone we mnie lubieżnie. Ich właściciel uśmiechnął się i nie przerywając kontaktu wzrokowego pochylił się nad moja męskością i ucałował miękko jej czubek. Zapowietrzyłem się, ale nie odwróciłem się. Uparcie wpatrywałem się w te oczy i poczynania granatowowłosego. Teraz przejeżdżał językiem po całej mojej długości, wrócił na główkę przygryzł ją i ponowił swój czyn znów bawiąc się na całej długości. Jęczałem coraz głośniej, wyginałem się w stronę tych niebiańskich ust, tylko po to aby zaraz zostać przyciśniętym do łóżka, rwałem prawie prześcieradło, nie mogąc już znieść widoku który dodatkowo mnie nakręcał odwróciłem głowę i wtedy poczułem jak mojego członka otula niewyobrażalne gorąco i wilgoć.
– Ach jeszcze, błagam nachhh.
Dostałem co chciałem i to jeszcze jak. Aomine ssał na przemian mocno i słabo. Pomagał sobie ręką w masowaniu mnie, drugą pieścił nabrzmiałe jądra. Kciukiem drażnił wrażliwy punkt między tym co teraz zajmowało mu usta a tym co rozpieszczał samym dotykiem. Było mi niesamowicie dobrze. Jęknąłem więc nieszczęśliwy kiedy przestał.
– Oi Kise, odwróć się, na brzuch.- zburaczałem do końca, ale posłusznie się przekręciłem, sądziłem że miałem klęczeć. Pomyliłem się. Z błędu wyprowadził mnie nagły ciężar, który zwalił mnie z nóg. Na moich plecach leżał Aominecchi, poruszający swoimi biodrami tak aby jego wielki i twardy penis poruszał się sugestywnie między moimi pośladkami.
– Jasna cholera, błagam pośpiesz się bo zwariuje.
– Nie jesteś tak rozwiązły, mogłoby Cię zaboleć, gdybym wszedł bez przygotowania , dlatego blond dupcia musi jeszcze poczekać, aż dokładnie ją przygotuję.
– Achhhhh! Na co czekasz!? Pośpiesz się!
Nie usłyszałem odpowiedzi. Nacisk na mnie zależał, a później znikł zupełnie. Moje uda zostały szeroko rozstawione a biodra podciągnięte. Tyłek miałem wysoko, ale twarz spoczywała na poduszkach. Mulat klepnął, mnie mocno, jęknąłem, gdy poczułem jak moje mięśnie zaciskają się. Poczułem na swojej pupie gorący oddech, a chwilę później usta, które kierowały się w stronę mojej dziurki. Nie potrafiłem się powstrzymać, moje ciało poruszało się samo. Daiki złapał mnie mocno i zaczął okrążać, językiem dość czuły punkcik. Moje ręce zaciskały się na wszystkim czym tylko się dało. Z moich ust wydobywały się najrozmaitsze dźwięki. Bawił się tak ze mną kilka minut
– Błagam Cię, już dłużej nie dam radyyyyyy!
Włożył we mnie swój język. Wsuwał go i wysuwał go, drażniąc mnie niezmiernie. Jego dłonie masowały i rozciągały pośladki.- Aomine, achhh jak mi dobrze. Nahhhh, Ao-mi-neeeee!!!- widać uznał, że jestem już dość wilgotny bo wprowadził we mnie jeden palec i zaczął stymulować mnie od środka. O cholera jakie to przyjemne! – O tak! Aaach, mrrrr!
– Jeszcze? – zapytał mnie ochrypłym od przyjemności głosem.
– Jeszcze!!! Błagam jeszcze!
I wsadził we mnie kolejny palec, lekki dyskomfort, był niczym w porównaniu do tego co mi robił. Delikatne ruchy w przód i w tył. Znów dołożył palec. Przy trzecim syknąłem cicho, ale on i tak to usłyszał
– Zaraz będzie lepiej Kise, zaufaj mi – i klepnął mnie mocno w tyłek.
– O boże! tak błagam daj mi więcej!
– Sam sobie weź
Tak też zrobiłem, zacząłem poruszać się i pieprzyć o palce Daikiego, które zaprzestały wszelkiego ruchu. Narzuciłem szybsze tempo, dla zwiększenia przyjemności. Nie sądziłem że to może być tak dobre. Widząc moje śmiałe poczynania Daikiemu zaczęła puszczać samokontrola. Moje jęki i krzyki tylko podsycały rządzę jaka w nim panowała. Kiedy zacząłem sobie dogadzać ręką, tama w umyśle mojego kochanka pękła. Wyjął ze mnie palce i pchnął mocno tak że leżałem bez sił na materacu, z potężną erekcją wybijającą się w posłanie. Zacząłem kręcić biodrami tak jakbym chciał zrobić pode mną dziurę, w którą wsadzę fiuta i będę mógł wreszcie dojść. Dostałem za to w tyłek.
– A a a, nie wolno! leż tu i czekaj.
Aominecchi wstał i wyszedł do łazienki, z której zaraz wrócił z jakąś fiolką.
– Mam nadzieję, że jesteś gotowy bo teraz to Ty sprawisz przyjemność mi.
Przełknąłem głośno silne i skinąłem głową na znak że rozumiem.
– Świetnie- nakrył mnie swoim ciałem i szepnął mi do ucha.- Bo wiesz Kise, zamierzam Cię zerznąć i to zaraz.
Na znak swoich słów ugryzł mnie mocno w bark. Poddźwignął się polizał swój nowy ślad i kiedy odkorkował buteleczkę przyniesioną z łazienki wylał trochę jej zawartości na moje pośladki i na swojego wielkiego smakowitego kutasa. Wsmarował olejek w nasze ciała i wtedy poczułem miętowy i jabłkowy zapach, który cudownie podrażnił moje zmysły. Aominecchi gwałtownie rozsunął mi uda i pośladki aby mógł się usadowić i mieć dobry widok na moją dziurkę.
– No to wchodzę- poczułem jak się we mnie zagłębia, jak toruje sobie drogę, jak mimo dobrego przygotowania moje mięśnie zakleszczają się na intruzie i nie chcą go dalej wpuścić, jak zaczynam odczuwać ból i mam zacząć błagać go by wyszedł.
– Ciiiiiiii Maleńki, będzie dobrze, spróbuj się rozluźnić, a poczujesz co to prawdziwa rozkosz- całuje mnie po plecach, szepcze uspokajająco, i bawi się moimi włosami. W końcu po czasie, który mógłby być wiecznością, ale też sekundą rozluźniam się powoli, a Aomine czując to znów się we mnie powoli zagłębia. Aż nareszcie znajduje się we mnie cały. Czuje jego jądra zachczające o moje własne. Mężczyzna położył swoją wielką dłoń na mojej szyi i zacisnął ją tam delikatnie, jakby bał się że ucieknę. Przykrywa mnie sobą, niezliczony już raz tej nocy, ale robi to tak by mi nie ograniczać za bardzo ruchów tak naprawdę czuję tylko jego ciepło a nie ciężar. Zaczyna się poruszać. Powoli i ja zaczynam czuć przyjemność, a jego powolne ruchy doprowadzają mnie do obłędu. Mówię mu by przyspieszył, ale on nie słucha. Błagam by wchodził we mnie mocniej, on ma to za nic. Jestem na granicy, krzyczę, jęcze, sapie i stękam. Dalej nic. Nagle członek partnera uderza w moją prostatę. Dochodzę gwałtownie i zaciskam się na Daikim niepozwalając mu się poruszać w żadną ze stron.
– Znalazłem Cię, teraz mogę zaczynać na poważnie- przyspiesza swoje ruchy i zwiększa ich siłę, oszołomiony po niedawnym orgazmie, nie złapawszy jeszcze oddechu czuje że znów się podniecam.
– Aominecchi, szybciej, mocniej nahhhh, aaa jeszcze błagam- uderza w moją prostatę jeszcze raz po moim ciele rozchodzi się fala gorąca. Stwardniałe sutki trą o szorstkawe prześcieradło, ograniczone ruchy podniecają jeszcze bardziej, Daiki drażni wciąż i wciąż moją prostatę. Zaczyna swoją ręką pieścić mojego członka, przez co jestem jeszcze bardziej dociskany do łóżka. Wychodzę naprzeciw jego ruchom jak tylko mogę. Jestem tylko zlepkiem nerwów ustawionych na obieranie przyjemności. Co jakiś czas dostaje klapsy, które każdej ze stron dodają przyjemność. Ścianki mojego odbytu zaciskają się tak przyjemnie, że niemal boleśnie! Aominecchi wzdycha i sapie głośno. Bawi się mną co raz zwiększając tempo to je zmniejszając. Impet z jakim we mnie wchodzi i niemal za każdym razem uderza w moją prostatę, sprawia że już nie krzyczę lecz skomlę jak zranione zwierzę. Moje jądra kurczą się boleśnie od przyjemności, w której uczestniczą. Wyciągam jedną rękę w ich stronę, aby je delikatnie ściskać i szczypać. Aomine wciąż obrabia mojego członka z zapamiętaniem, nasze knykcie niespodziewanie ocierają się o siebie. Już nie mogę wytrzymać, krzyczę imię partnera i dochodzę. Mój orgazm jest tak potężny, że zakleszczam w sobie intruza. Daiki czując, jak mocno się zaciskam i przez targający mną orgazm dostaje niekontrolowanych skurczę, przez które dostarczam mu dodatkowych bodźców, masując jego penisa w moim wnętrzu. Bez zapowiedzi on też dochodzi, gdy moje napięte mięśnie rozluźniają się, on nieczekając na koniec zaczyna poruszać biodrami chcąc pozbyć się całego nasienia i nieświadomie stymuluje moje zmęczone wnętrze. Kiedy ze mnie wychodzi, odczuwam nagłą pustkę i żal że już go nie czuję, ale on kładzie się obok mnie i mimo, że wciąż oboje nie możemy złapać oddechu, przyciąga mnie i układa jak małe dziecko na swojej wielkiej i ciepłej klatce, w którą natychmiast się wtulam. Czuje jak całuje całuję moją głowę i jak zanurza palce w moich włosach, przeczesuje je i zaborczo drugą ręką oplata.
– Świta – szepcze cicho nie chcąc popsuć nastroju.
– Wiem, wszystkiego najlepszego Ryota – podnosi moją głowę za brodę i składa na moich ustach pocałunek taki jak zakochani dają sobie na dzień dobry. Jestem zaskoczony że pamiętał. Leżymy tak jeszcze chwilę, ja zachwycam się jego obecnością a on obserwuje jak pomarańczowe poranne słońce oświetla moja twarz.
– Jesteś moim słońcem Ryota, nie możesz nigdy zniknąć z mojego świata bo to Ty nim jesteś. Kocham Cię moje Ty maleństwo.
Moje wzruszenie jest ogromne, płaczę kilka dobrych chwil z twarzą ukrytą w zagłębieniu szyi Aominecchiego i z rękami oplatającymi go ciasno. Gdyby nie fakt że chlipię mu do ucha nie usłyszałby jak drżącymi od emocji wargami odpowiadam mu ledwo słyszalne – Ja też Cię kocham. -Zasypiam.
Budzę się kiedy słońce powoli chyli się ku zachodowi. Czyjeś ramiona oplatają mnie z znienacka od tyłu i przyciągają do siebie mocno.
– Siemka.
– No siemka.
– Jak się wykąpiesz to zmienimy pościel bo na tej spać się nie da- burczy z grymasem nieszczęścia na twarzy.
– Oh, a czyja to wina, co? – droczę się z nim.
– Twoja, bo doszedłeś dwa razy a ja raz.
– Aominecchiiiiiiii!!!!!!- zaczynam się rumienić. W odpowiedzi dostaje klapsa w tyłek.
– Uciekaj pod prysznic a ja przygotuje pościel- wstaje i robię co mi polecił. Pod prysznicem relaksuje się na krótką chwilę. Kiedy wracam ubrany w jeansy i t-shirt, zaczynamy zmianę posłania. Nagle spod jednego z materacy (tak śpię ma dwóch bo co ) wylatuje jakiś koralik czy inne badziewie.
– Co to?
– A bo ja to wiem, ale szansę na to że przez to nie mogłeś spać są marne.
– Chyba tak- ziewnąłem potężnie.- Kończmy bo chce mi się spać.
Koralik podniosłem i gdzieś położyłem, a po zmianie prześcieradła, poszedłem spać. Po co się ubierałem tego wiem, bo teraz musiałem się przebrać, no ale cóż. Kiedy tylko moja głowa dotknęła poduszki zasnąłem, nie usłyszałem już jak Aominecchi wchodzi do pokoju i chichocząc mówi:
– Ach te księżniczki.
Moje problemy że snem się skończyły. Tak jak i urlop mojego współspacza, który musiał wrócić do pracy co i mnie wkrótce czekało. Jako że mój chłopak, (tak on jest mój i oficjalnie wśród przyjaciół też ) musiał dojeżdżać na komisariat na koniec miasta, to w tygodniu mieszkał u siebie w mieszkaniu, u mnie był na weekendy. Dlatego kiedy w środowy późny wieczór zobaczyłem go w drzwiach i usłyszałem załamane:
– Kise, nie mogę zasnąć.
Po prostu wciągnąłem go do domu gdzie został już ze mną na zawsze.

KONIEC

A może jednak nie? ( dop. Autorki)

– Aka-chin? Ne, ne Aka – chin, to był Twój pomysł z tym koralikiem u Kise-china, prawda?
Drgnąłem niespokojnie, ale ledwo wyczuwalnie i popatrzyłem na mój prywatny kaloryfer przenośny specjalnie do łóżka.
– Skąd ten pomysł, Atsu?
– Bo tylko Aka-chin jest taki mądry.
– Masz mnie- podniosłem ręce w geście poddania.- Ale nikomu ani słowa. To będzie nasza tajemnica.
– Ale czemu? Byłoby…
– Atsu , czekolada Ci się przypala.
– Aka – chin, aaaaaaaaaa moja czekoladka w płynie!!!!!!
– Nie płacz, na półce po lewej masz jej sporo, jakby coś się stało.
– Kocham Cię Aka-chin.
– Wiem Atsu, ja Ciebie też.
– Bo Aka- chin wszystko wie, czekoladka, czekoladka.
Uffff kryzys zażegnany. Tylko on mógł mnie i czekoladę zestawić w jednym zdaniu. On mnie czasami naprawdę zadziwia, to nie ja jestem tu geniuszem, tylko on, bo tylko on potrafi mnie rozgryźć.
Kocham go.

KONIEC

Tłumaczenie:
* w razie „w” (wypadek, nagła sytuacja, w razie czego)
* zmarać się (zmęczyć się)

Nightmares [1/1]

Zamówienie dla Wielkiego Mistrza Monte :D

 
Przerażony blondyn szybko zerwał się z łóżka oddychając spazmatycznie. Czuł jak jego serce wręcz galopuje w jego piersi, tak jakby desperacko pragnęło wydostać się na zewnątrz i pozostawić po sobie jedynie dziurę ziejącą pustką.
Chłopak rozbieganym wzrokiem panicznie rozejrzał się po swojej sypialni, ale z niejaką ulgą spostrzegł, że był tutaj sam. Odetchnął nerwowo i postarał się wyrównać swój chaotyczny oddech, ale strzępki koszmaru, które wciąż miał przed oczami, nie dawały mu szansy na uspokojenie się. Czuł zbierające się pod powiekami łzy, z którymi nie miał już nawet sił walczyć, więc pozwolił im swobodnie płynąć po jego lekko zapadniętych policzkach, mocząc bladą cerę i zostawiając po sobie jedynie słony smak upokorzenia.
Kise był słaby. Wiedział o tym, ale na żaden sposób nie chciał dać sobie pomóc. Uważał, że sam powinien sobie poradzić ze swoimi lękami, dlatego wciąż i wciąż odpychał od siebie swoich przyjaciół, którzy chcieli mu pomóc. Wolał zostać z tym wszystkim sam niż niepotrzebnie zamartwiać wszystkich dookoła. Jego emocje szalały, a chłopak z dnia na dzień stawał się coraz mniej stabilny psychicznie.
Męczył się i wykańczał, ale nikomu nie pozwalał się mieszać. Chciał sobie udowodnić, że wcale nie jest aż tak beznadziejnie słaby. Niestety jego lęki z każdą nocą tylko przybierały na sile, a on nic nie potrafił na to poradzić.
Mimo, że trzymał się jak najbardziej na uboczu to wiedział, że przyjaciele widzieli co się z nim dzieje. Powiększające się cienie pod oczami oraz coraz bardziej zapadnięte policzki, nie zostawiały wiele pola dla domysłów. Nie chciał być problemem dla innych. Chował się przed ich wzrokiem i uciekał kiedy tylko mógł, ale oni i tak znajdywali sposób, aby dowiedzieć się jak się trzyma. W pewien sposób było to miłe, ale i tak czuł się przygnębiony przysparzając im tyle nerwów. Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że takie zachowanie sprawiało, że martwili się jeszcze bardziej.
Roztrzęsiony chłopak położył się z powrotem na plecach i zakrył twarz dłońmi, pocierając ją mocno. Zerknął przez palce na zegarek stojący na szafce przy łóżku. Dochodziła trzecia w nocy. Był pewien, że już nie uda mu się zasnąć tej nocy.
To nie był pierwszy taki przypadek. Kise miewał koszmary prawie każdej nocy już od ponad pół roku. Doszło to już do tego stopnia, że bał się zasypiać w obawie przed nocnymi marami. Noce stały się dla niego najgorszą porą w ciągu doby. Pójście do łóżka odkładał tak długo jak tylko mógł. Jego organizm już buntował się przed takim zachowaniem, ale Ryouta nie mógł pokonać tego paraliżującego strachu.
Blondyn pociągnął nosem i z powrotem usiadł na łóżku. Zapalił lampkę, która rozproszyła okropne cienie i znowu rozejrzał się po pokoju. Westchnął ciężko i ponownie przetarł piekące oczy.
Zdał sobie sprawę, że dłużej już nie mógł tak funkcjonować. Nie chciał bać się każdego cienia, każdej osoby. Chciał znowu być tym radosnym blondynem, który irytował wszystkich swoim beztroskim zachowaniem. Teraz widział, że sam już nie powróci do tego, nie da rady zwyczajnie przestać myśleć o tym co się działo w jego głowie. To było dla niego zdecydowanie za trudne.
Chłopak sięgnął po telefon i upewnił się, że naprawdę jest już tak późno. Cóż, jego zegarek się jednak nie mylił. Pod wpływem impulsu, Kise wykręcił telefon do jedynej osoby, o której myślał w takich chwilach i przyłożył telefon do ucha.
Jeden sygnał, drugi, trzeci…
Już tracił nadzieję, że osoba po drugiej stronie odbierze. W końcu nie byłoby to niczym dziwnym ze względu na tak nieboską porę. Jednak po czwartym sygnale usłyszał w końcu, że telefon został odebrany.
– Słucham?
Głos czerwonowłosego rozbudził go na dobre. Zdziwiło go trochę, że nie brzmiał na ani trochę zaspanego, jakby tylko czekał na ten telefon. Odetchnął z ulgą i westchnął ciężko powracając do rzeczywistości.
– T-to ja- powiedział łamiącym się i nienaturalnie zachrypniętym głosem.
– Ryota- odparł spokojnie.- Co się stało?
Jego głos był pewny jak zawsze. Nie zdradzał żadnych emocji co paradoksalnie pomagało blondynowi się uspokoić. Wiedział, że był on jedyną osobą, która się nie bała. Był jego jedyną nadzieją na odzyskanie spokoju.
– Akashicchi- jęknął do komórki. Naprawdę żałował, że nie mógł go teraz zobaczyć.- Boję się.
W słuchawce zapanowała cisza przerywana jedynie oddechem chłopaka po drugiej stronie połączenia. Nie była to jedna z tych niezręcznych chwil, które chce się jak najszybciej przerwać. Ta cisza była kojąca. Dawała możliwość uspokojenia rozszalałych nerwów.
– Spokojnie- odparł miękko.- Co się stało?- powtórzył cierpliwie.
Ryota zdawał się być zaskoczony spokojem czerwonowłosego. W końcu był środek nocy, a blondyn był niemal pewien, że obudził chłopaka. Nie wiedział jakim cudem ten wiecznie kontrolujący wszystko człowiek potrafił się zmienić w tak spokojnego i cierpliwego. A może to tylko ze względu na tragiczny stan blondyna. Sam już nie potrafił powiedzieć, ale to co wiedział na pewno to to, że jest mu wdzięczny.
W końcu to był pierwszy raz, kiedy Kise zwrócił się do kogokolwiek o pomoc. Cieszył się, że nie został odrzucony, bo to by już nie pozwoliło mu się podnieść. Odrzucenie i niezrozumienie to był kolejny z jego strachów. Bardzo możliwe, że właśnie dlatego osobą, do której dzwonił był właśnie zaradny Akashi. Duży wpływ miało na to jego bezgraniczne zaufanie do chłopaka.
– Mam…koszmary- powiedział powoli.
– Wiem- odparł pewnie, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.- Opowiedz co ci się śni.
Blondyn przełknął ciężko ślinę i zamrugał gwałtownie, aby pozbyć się łez spod powiek. Wziął głęboki, uspokajający oddech i kiwnął głową dodając sobie otuchy.
– To jest zawsze małe i całkowicie ciemne pomieszczenie…zamknięte pomieszczenie, bez drzwi, okien, całkowicie bez niczego- zaczął opowiadać, ale z każdym słowem stawał się coraz bardziej nerwowy.
Podczas mówienia wyłamywał sobie nerwowo palce i rozglądał się wciąż po pokoju, aby upewnić się, że jest sam i całkowicie bezpieczny. Nie znosił tej bezsilności, która dopadała go, gdy musiał zmierzyć się ze swoim lękiem. To udowadniało mu jak bardzo słaby był naprawdę.
– Co dalej?- dopytał Akashi, ale jego głos nie wskazywał na zainteresowanie. Nie wydawał się też znudzony ani poruszony, zupełnie tak jakby był wyprany ze wszelkich emocji. Kise to jednak zupełnie nie przeszkadzało. Wiedział, że może mu teraz powiedzieć wszystko, a on swoje osobiste odczucia zostawi dla siebie. Jak zawsze zresztą.
– W tym miejscu czuć krew…okropny smród krwi i zgnilizny. Jest wilgotno jak w jakiejś piwnicy- zatrząsł się, wymawiając to wszystko. Te obrazy powróciły do niego po raz kolejny i nie mógł sobie z tym poradzić. Zacisnął, więc mocno dłoń na włosach i szarpnął nimi, aby poczuć ból, który chociaż na chwilę był w stanie odwrócić jego uwagę od tych strasznych obrazów.- Ta… postać, która tam jest, ona chyba nie żyje. Nie wiem, ale wygląda jak trup, chociaż jest ciemno. Nie widać dokładnie szczegółów, ale to i tak straszne.
Kise zdał sobie sprawę z tego, że znów płakał, kiedy niekontrolowane szlochanie wyrwało się z jego gardła. Otarł łzy i przykładając do ust dłoń zaciśniętą w pięść, próbował się uciszyć i uspokoić.
Usłyszał w telefonie jak czerwonowłosy wciągnął głęboko powietrze do płuc, a potem z sykiem je wypuścił. Podczas tej rozmowy to był właściwie pierwszy moment, kiedy Seijuurou zdradził jakieś swoje emocje.
– Uspokój się, Ryota- powiedział Akashi.
– Ale ty nie rozumiesz- wyjąkał chłopak. Był już zupełnie na skraju załamania nerwowego i kompletnie nie wiedział co ma robić.- T-to nie tak, że to wszystko! Potem robi się jasno, tak zupełnie nagle pojawia się światło i mnie oślepia, a już w kolejnej sekundzie zdaję sobie sprawę, że to na czym siedzę i gdzie jestem to nie jest wcale zwykłe pomieszczenie!- blondyn zaczynał wpadać w panikę i wysokim, podniesionym głosem zaczął coraz szybciej opowiadać o swoim śnie.- Wszędzie walały się wnętrzności, ręce, nogi…głowy. Wszyscy moi bliscy…moi rodzice, siostra…ty- chlipnął do telefonu.- Ale najgorsze z tego wszystkiego było to, że widziałem kto to zrobił! To byłem ja, rozumiesz? Widziałem siebie, całego we krwi z tym okropnym uśmiechem na twarzy. I, i…i- w tym momencie Kise nie wytrzymał i rozpłakał się na dobre.
Nie był już w stanie wykrztusić z siebie żadnego słowa. Jego ciałem zawładnął obezwładniający szloch. Ramiona drżały mu spazmatycznie i nie potrafił złapać oddechu. Dusił się własnymi łzami. Nie zwrócił nawet uwagi na to, że telefon wypadł mu z ręki i leżał teraz na pościeli. Był zbyt bardzo roztrzęsiony, żeby się tym martwić.
Po chwili usłyszał dźwięk dzwonka do drzwi. Drgnął przestraszony i nadal płacząc, poszedł sprawdzić kto się do niego dobija o tej porze. Otworzył drzwi i nawet nie zdążył zobaczyć kto o, gdy poczuł jak silne ramiona obejmują go w pasie, a czerwone włosy załaskotały go w nos. Natychmiast wtulił się w ciepłe ciało Akashiego i płakał, zaciskając dłonie na jego koszuli. Czując przy sobie ciało Seijuurou oraz jego obezwładniający zapach, zaczął się powoli uspokajać.
Akashi, nic nie mówiąc, złapał go za rękę i pociągnął go wgłąb mieszkania, do sypialni chłopaka. Posadził go na łóżko i nadal go przytulał. Wiedział, że musi uspokoić chłopaka.
Po kilku długich minutach, Ryota w końcu się trochę uspokoił i spojrzał na czerwonowłosego swoimi zapłakanymi oczami.
– Akashi- szepnął zachrypniętym głosem.
– Nic nie mów, Ryota- powiedział cicho.- Musisz się uspokoić.
Blondyn uśmiechnął się do niego delikatnie. Był mu wdzięczny za to, że przyjechał. Potrzebował go teraz tak samo jak tlenu do oddychania.
Akashi gładził modela po plecach tak długo, aż ten w końcu zasnął spokojnie w jego ramionach, a delikatny uśmiech nie schodził mu z warg. Tylko on widział jego cierpienie i był przy tym jak ten płakał. To mu wystarczało, żeby być w pełni szczęśliwym.

It’s just love [1/1]

Zamówienie dla Kiasarin

Zmęczony blondyn chodził już pół dnia po dużym centrum handlowym. Niestety nadal, mimo usilnych poszukiwań, nie udało mu się znaleźć odpowiedniego prezentu. A przecież nie mogło to być coś zwyczajnego. W końcu okazja była wyjątkowa, jego chłopak miał urodziny i tak się składało, że wypadały one akurat tego dnia, więc i podarek powinien być idealny.
Blondyn był naprawdę załamany, że przez swoje zapominalstwo nadal nie mógł niczego wybrać. Do tej pory nie wiedział jak mógł zapomnieć o urodzinach swojego chłopaka. W końcu był to naprawdę wyjątkowy dzień i do tego jedyny taki w roku. Jednak Yogi całkowicie zapomniał o tak ważnym wydarzeniu i skupiał się tylko na zadaniach powierzonych członkom Cyrku. Był naprawdę zły na siebie, a przede wszystkim rozczarowany sobą, że wypadło mu to z głowy, ale nie mógł się poddać w takim momencie.
W końcu, z miną rasowego męczennika zmęczonego życiem, wszedł do kolejnego już z rzędu sklepu i zaczął się gorączkowo rozglądać. Zostało mu już bardzo mało czasu.
Powoli zaczął już tracić nadzieję, kiedy nareszcie zobaczył prezent idealny. Uśmiechnął się szeroko i szybko pognał do kasy, zadowolony ze znaleziska.
Pół godziny później był już z powrotem na statku. Poszedł prosto do pokoju swojego chłopaka i zapukał lekko.
– Proszę- dobiegł do niego przytłumiony głos.
Blondyn z szerokim uśmiechem wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Podszedł do siedzącego na łóżku czytającego bruneta i usiadł obok niego. Blisko, nawet bardzo blisko. Objął go ramieniem i cmoknął w policzek. Wtedy Gareki jakby wyrwał się z zamyślenia i spojrzał na swojego chłopaka.
– Ach, to ty- powiedział.
– Ałć, to było niemiłe- zaśmiał się Yogi, już przyzwyczajony do takiego zachowania.- Mam coś dla ciebie- oznajmił i położył mu na kolanach małe pudełeczko, zawinięte w kolorowy papier.
– Hmm?- mruknął czarnowłosy i spojrzał na niego ze słabo ukrytą ciekawością.
Potem swój wzrok skierował na podarunek i wziął go do ręki. Potrząsnął nim lekko, a po pokoju rozniósł się cichy stukot jakiejś rzeczy uderzającej o ścianki opakowania. Chłopak niespiesznie zaczął zrywać papier z prezentu, a jego partner wciąż czujnie go obserwował. Blondyn był trochę zestresowany, w końcu nie wiedział co zrobi jak jego prezent nie wypali.
Gareki w końcu odpakował pudełko i otworzył je, ale nie zdążył nawet spojrzeć na jego zawartość, kiedy Yogi mocno go przytulił i ponowni pocałował w policzek.
– Wszystkiego najlepszego, Gareki-chan!
Brunet oderwał się od swojego chłopaka i zobaczył co takiego od niego dostał. Kiedy znowu odchylił pokrywkę pudełka, zobaczył tęczowe bokserki z nadrukiem mini-podobizny Nyanperony oraz luźno latające czekoladowe cukierki.
Spojrzał z niedowierzaniem na blondyna, ale kiedy dostrzegł jak bardzo ten jest zestresowany, uśmiechnął się lekko i pocałował go delikatnie.
– Dziękuję- szepnął w jego rozchylone usta.
 ~~~
Czarnowłosy z trzaskiem zatrzasnął za sobą drzwi sypialni i szybkim krokiem poszedł przed siebie. Nie oglądał się nawet na swojego chłopaka, który wypadł z pokoju zaraz za nim i starał się go dogonić. Nie obchodziło go to. Chciał być teraz sam i mieć chociaż trochę spokoju.
Blondynowi w końcu udało się dobiec do bruneta i złapać go za łokieć, żeby go zatrzymać.
– Gareki, stój!
– Zostaw mnie i daj mi spokój!- warknął zdenerwowany chłopak. Chciał wyszarpnąć swoją rękę z uścisku, ale Yogi trzymał go mocno i nie chciał puścić. Brunet nie znosił tego, że to on był silniejszy. Prychnął i odwrócił od niego wzrok.
– Poczekaj, no nie obrażaj się- poprosił starszy z nich.
W odpowiedzi otrzymał jednak tylko lekceważące prychnięcie. Westchnął cicho i popatrzył prosto w oczy bruneta, odkręcając wpierw jego twarz w swoją stronę.
– Nie powinieneś był go ruszać- powiedział smutno.
– Nie zrobiłem nic złego!- warknął od razu.
– Ruszałeś kapelusz Hirato! Nikt go nigdy nie dotyka, a ty tak po prostu go wziąłeś. To jest jak naruszenie jego intymności! Prawie… Prawie jakbyś go molestował!- zarzucił mu poważnie Yogi.
Czarnowłosy spojrzał na niego z niedowierzaniem i pokręcił głową. Warknął cicho pod nosem, coraz bardziej się denerwując. Jego chłopak był takim idiotą. Czasami zadawał sobie pytanie, dlaczego nadal z nim jest. Wnioski do jakich za każdym razem dochodził często go drażniły. Był wobec niego zbyt uległy!
– Jeszcze mi powiedz, że to zdrada- prychnął z przekąsem.
Blondyn rozszerzył oczy w szoku i otworzył usta, ale przez chwilę nie mógł w ogóle nic powiedzieć. Jego chłopak. Jego słodki Gareki…z Hirato? Wzdrygnął się i przyciągnął go do siebie blisko. Objął go w pasie i gwałtownie pocałował. Gareki jęknął protestująco, ale po chwili uległ mu i rozchylił wargi, zapraszając do pogłębienia pocałunku. Stali na środku korytarza i długo pieścili się w ten sposób. Kiedy w końcu się od siebie oderwali, Yogi oparł swoje czoło o głowę bruneta i spojrzał mu głęboko w oczy.
– Mój- mruknął blondyn.
 ~~~
Blondyn siedział na kanapie w salonie i co chwilę pociągał nosem. Oczy łzawiły mu okropnie, utrudniając patrzenie na świat, z nosa mu ciekło i czuł jakby miał w gardle pustynię. Już nawet nie pamiętał kiedy ostatni raz był tak chory. Jego odporność była zadziwiająco sprawna i aż dziwne było, że tak długo w ogóle nie chorował. Niestety okropne przeziębienie dopadło go w najmniej oczekiwanym momencie. Przecież jeszcze wczoraj czuł się naprawdę dobrze. Miał tylko lekkie bóle głowy na wieczór, ale to tyle. A kiedy się dzisiaj rano obudził czuł, że nie jest z nim za dobrze.
Chłopak westchnął ciężko i zakaszlał znowu. Sięgnął po kolejną już tego dnia chusteczkę i głośno w nią dmuchnął. Uch, miał już dość, a to był dopiero początek.
Zatrząsł się z zimna, kiedy ktoś otworzył drzwi do pokoju i wszedł do środka. Owinął się szczelniej kocem i znowu pociągnął nosem.
– Jak się czujesz?- zapytał czarnowłosy.
– Nie najlepiej- odpowiedział zgodnie z prawdą i ponownie rozkaszlał się.
Brunet usiadł obok niego na kanapie i objął go ramieniem.
– Trzęsiesz się- powiedział zaskoczony.
– Tylko trochę- spróbował zaśmiać się, ale wyszło mu to gorzej niż się spodziewał.
W ogóle jego głos nie przypominał teraz jego normalnego głosu, a było to dziwne chrypanie. Z każdym słowem, gardło bolało go coraz bardziej. Nie znosił być chory.
– Poczekaj chwilę- polecił Gareki i szybko wyszedł z pokoju.
Blondyn westchnął tylko ponownie i ułożył się wygodniej na kanapie. Oczy mu się już zamykały ze zmęczenia, ale z całych sił starał się nie zasnąć. Nie za bardzo mu to wychodziło. Był tak bardzo osłabiony przez chorobę, że ledwo mógł utrzymać otwarte powieki. Ziewnął przeciągle i bardziej nakrył się kocem.
Ostatnią rzeczą jaką zarejestrował był powrót Garekiego, który włożył mu pod koc Yukkina. Szybko zrobiło mu się bardzo ciepło, bo bałwanek przyjemnie go ogrzewał. Poczuł jeszcze delikatny pocałunek w czoło, a później zapadł w spokojny sen.

 

272863

Solace [1/1]

Mecz trwał w najlepsze. Ostatnia kwarta jednak nieubłaganie zbliżała się ku końcowi, a liceum Seirin nadal przegrywało czterema punktami. Shūtoku pokazywali na co ich naprawdę stać, a Midorima widocznie królował na boisku. Pomimo wielu wysiłków zawodników Seirinu, nie zdołali oni odrobić straconych punktów. W ostatnich sekundach meczu honor drużyny uratował jednak Furihata, który stawiając wszystko na jedną kartę, rzucił piłkę zza linii za trzy punkty. Jak wielkie było jego zdziwienie, kiedy piłka gładko przeleciała przez obręcz, maksymalnie zmniejszając przegraną jego drużyny. Nie poprawiło to niestety ich nastrojów. Przegrali, a to zawsze było bolesne doświadczenie, które podkopywało morale drużyny. Zawodnicy liceum Shūtoku celebrowali swoje zwycięstwo okrzykami radości, a gracze Seirin w posępnym nastroju udali się do szatni.

W męskiej przebieralni panowała napięta atmosfera. Nikt z nikim nie rozmawiał, każdy tylko analizował dopiero co zakończony mecz i starali się dostrzec co zrobili nie tak. Furihata nie spieszył się. Jako ostatni poszedł pod prysznic i kiedy wrócił do szatni, nikogo już w niej nie było.

Nagle usłyszał, że drzwi są otwierane, a do środka ktoś wchodzi. Nie przejął się tym jednak, myśląc, że któryś z kolegów z drużyny czegoś zapomniał.

Niekontrolowanie drgnął, kiedy poczuł ciepły oddech na swoim karku. Szybko odwrócił się i prawie zemdlał, kiedy zobaczył przed sobą Akashiego Seijuuro. Ten chłopak, już od ich pierwszego spotkania, wywoływał w nim różne emocje. Sam Furihata nie wiedział jakie w tym wszystkim uczucia dominują. Strach i podziw czy ciekawość i szacunek.
– A-akashi-kun co t-ty tutaj robisz- zapytał jąkając się delikatnie. 

– Przegraliście- powiedział chłopak dobitnie, nie zwracając uwagi na zadane mu pytanie.

Furihata spuścił wzrok i zacisnął dłonie w pięści. Jak chyba każdy sportowiec, nie lubił przegrywać. W tym wypadku czuł się tak, jakby przegrana jego drużyny była głównie jego winą. Postrzegał siebie jako nijakiego chłopaka na tle tych wszystkich wspaniałych graczy. Nie miał talentu ani żadnych specjalnych umiejętności, które wyróżniałyby go z tłumu. Był zwykłym nastolatkiem zakochanym w koszykówce, a brak talentu starał się nadrobić zapałem. Nadal uważał jednak, że to zbyt mało. I chociaż dawał z siebie wszystko na każdym treningu oraz meczu, nie był zadowolony ze swoich wyników. Właściwie to był zaskoczony, że w ogóle pozwolili mu wejść na boisko i zagrać w tym spotkaniu. 

Chłopak skinął tylko głową w odpowiedzi. Nie miał siły o tym rozmawiać. Było zdecydowanie za wcześnie na poruszanie tematu tego meczu. Rana była jeszcze zbyt świeża. Był też całkowicie pewny, że Akashi nigdy nie zrozumie jak czuła się cała jego drużyna, jak czuł się sam Furihata. Czerwonowłosy nigdy nie przegrał, więc nie miał pojęcia jak to jest. Nie mógł mieć. Był chodzącym ideałem, ucieleśnieniem perfekcji. Ktoś taki jak on nie mógł doświadczyć hańby, jaką niechybnie była przegrana.

– Jednak twoja ostatnia akcja była… niespodziewana- powiedział czerwonowłosy, dokładnie dobierając każde słowo. Perfekcjonizm chłopaka aż bił po oczach.

Brązowowłosy spojrzał na niego niepewnie, a na jego policzkach wykwitły rumieńce. Nie był przyzwyczajony do takich komentarzy co do jego gry, a w dodatku wypowiedzianych przez tak wybitnego gracza jakim jest Akashi.

– Dziękuję.

– Jeśli zgodzisz się ze mną trenować, pokażę ci jak wielki potencjał w tobie drzemie, Kouki. Jak wiele mogę jeszcze z ciebie wydobyć- Seijuuro wyszeptał te słowa wprost do jego ucha, owiewając je ciepłym oddechem.

Brunet zadrżał, słysząc słowa chłopaka. Atmosfera między nimi, z chwili na chwilę, stawała się coraz bardziej naelektryzowana. Furihata nie miał pojęcia jak powinien się zachować. Był naprawdę onieśmielony samą osobą chłopaka oraz jego postawą, a do tego teraz jeszcze się speszył.

– Jaka jest twoja decyzja?

Chłopak spojrzał nieśmiało w dwukolorowe tęczówki Akashiego. Wiedział, że nie może przegapić takiej okazji, więc istniała tylko jedna odpowiednia odpowiedź.

– Do-obrze, Akashi-kun- powiedział, rumieniąc się.

Seijuuro uśmiechnął się delikatnie, przyglądając się zaróżowionym policzkom chłopaka. Pokonał pozostałą odległość do twarzy brązowowłosego i złożył subtelny, ledwo wyczuwalny pocałunek na jego ustach.

Ich wspólne treningi miały być jeszcze ciekawsze niż mogliby przypuszczać.